czwartek, 9 maja 2013

Rozdział 3


Przed pójściem do łóżka włączyłam jeszcze swojego niebieskiego laptopa, chcąc sprawdzić pogodę na najbliższe dni. Wizja obudzenia się i ujrzenia za oknem śniegu przyprawiała mnie o dreszcze i zawroty głowy. Musiałam powiedzieć o swoich przypuszczeniach dyrektorce , ale jeszcze nie wiedziałam jak. Uznałaby mnie za wariatkę, gdybym ot tak wpadła do jej gabinetu z informacją, iż w zimę ktoś straci życie.  No a zresztą może zrozumiałam wszystko opacznie i w ogóle nie powinnam się martwić. Może te obrazy były wytworem mojej wyobraźni ? Nie miałam zielonego pojęcia jak się zachowywać. Żyć w strachu, czy jakby nic się nie stało ? Te inne pytania nadciągały na mój umysł niczym huragan , niszcząc poukładane tam dotąd przemyślenia. Może ja po prostu robiłam się psychiczna ? A może Babcia Breemely się za mną stęskniła i próbuje zniechęcić mnie do tego miejsca, wysyłając do mojej głowy te dziwne rzeczy ? A  m o ż e   s k o ń c z ę  z  t y m  n a  d z i s i a j , s p r a w d z ę   t ą  c h o l e r n ą   p o g o d ę   i   p ó j d ę   s p a ć ?
O tak, ta myśl spodobała mi się najbardziej. Czym prędzej wystukałam w Googlach hasło „pogoda Cotswolds” i kliknęłam w pierwszy lepszy link. Bocznym paskiem zjechałam na dół strony , szukając wzrokiem choć jednej śnieżynki. Na szczęście jej tam nie znalazłam, więc przez ten tydzień mogłam być spokojna. Po sprawdzeniu pogody napisałam do Babci krótkiego maila, ponieważ nie miałam siły do niej dzwonić. Na razie nie wspominałam w nim o tym, co dzisiaj miało miejsce – znając ją z miejsca wsiadłaby w najbliższy pociąg, by mnie stąd zabrać. A ja czułam.. że tu jest moje miejsce.
Nakryłam się kołdrą i ułożyłam głowę na poduszce, modląc się w duchu, żebym szybko zasnęła i by nie dręczyły mnie nocne koszmary. Miałam zdecydowanie za dużo przygód jak na niecałe dwa dni w szkole dla nienormalnych nastolatków. Hekate mnie posłuchała. Po kilku minutach odpłynęłam w niebyt.
Obudziłam się o szóstej, ale nie chciało mi się już spać, więc wyskoczyłam z łóżka i poszłam z moją kosmetyczką prosto do łazienki.  Ubrałam się w ten sam zestaw co dzień wcześniej i wyprostowałam włosy, które paskudnie pokręciły się od wilgoci panującej w chatce. W innych okolicznościach nie przeszkadzałyby mi one, ale takich loków tolerować nie mogłam – musiałam wyglądać w miarę normalnie drugiego dnia w nowym liceum. Myśląc o szkole przypomniało mi się coś; kiedy rozmawiałam z panią Sooklets wspominała coś o grupach umiejętnościowych. Z tego co wiedziałam, Drew miał siedemnaście lat, więc był o rok starszy ode mnie. Dlaczego więc miał ze mną literaturę ? Nie zdał ? Parsknęłam śmiechem. Możliwe też, że „grupa umiejętnościowa” nie musiało oznaczać „klasa” . Musiałam dowiedzieć się jeszcze wielu rzeczy o Cotswolds High…

- O co chodzi z tymi grupami umiejętnościowymi ?- zagadnęłam Vivienne przy śniadaniu.
- No.. istnieją trzy takie grupy. Pierwsza jest dla początkujących, druga dla zaawansowanych, a trzecia to tak zwany ‘poziom końcowy’ – odpowiedziała mieszając płatki.
- To jest jakoś podzielone na wiek ? No wiesz, że do jednej z grup należą ludzie z jednego rocznika .. ?
- Nie. – pokręciła głową – To nie zależy od wieku. Do początkujących dostajesz się wtedy, kiedy przyjeżdżasz do szkoły. Od tej pory jesteś tam rok. A potem przechodzisz do zaawansowanych. Więc nie ważne, czy wstąpisz do Cotswolds w wieku piętnastu czy osiemnastu lat, najpierw rok jesteś w początkujących. A, no i jedynie na obronnych mieszają grupy. – wytłumaczyła.
- Ah. Rozumiem. Fajnie.. można wcześniej skończyć szkołę.
- Albo później. – wzruszyła ramionami.
- A.. Drew ? Kiedy przejdzie do zaawansowanych ?
- Oo, jednak interesuje cię nasz przystojny frajer ? – zaśmiała się.
- Nie.. Po prostu zaciekawiło mnie to, że chodzi ze mną na literaturę, a jest starszy. – odparłam obojętnie.
- No.. z tego co wiem do zaawansowanych przechodzi po Nowym Roku, więc bardzo niedługo.
- Okej. – trochę się zawiodłam, że miałam tak mało czasu na poznanie go na literaturze, ale nie dałam tego po sobie wykryć.

Po śniadaniu poszłam z Micky i Vivienne do szkoły , chociaż miałyśmy jeszcze pół godziny , zanim zacznie się pierwsza lekcja. Pojedyncze osoby kręciły się już po skąpanych w ciemnym świetle korytarzach, a z niektórych klas dało się usłyszeć stłumione głosy ; kilka grup od siódmej musiało uczestniczyć w zajęciach. Skręciłyśmy w stronę szkolnej biblioteki .Postanowiłam wypożyczyć sobie kilka książek o historii Cotswolds, tak dla pewności, czy aby nic tu się nikomu nie stało… No i ogólnie rzecz biorąc chciałam zapoznać się z początkami tej szkoły i miasta.
Kiedy doszłyśmy do ogromnego świata książek, każda z nas osobno zaczęła krążyć pomiędzy regałami. Wzrokiem szukałam półki z literą „C” , ale „A” zdawało się nie mieć końca. Naprawdę, imponujący zbiór, w życiu nie widziałam tylu książek naraz. Sufit był strasznie wysoki, na jakieś osiem, dziesięć metrów, a regały ustawione przy ścianach sięgały prawie do niego, więc potrzeba było drabiny lub umiejętności latania, aby wziąć książkę z najwyższej półki. W pomieszczeniu pachniało kurzem i starością, nie mniej jednak panowała tam magiczna, przyjemna atmosfera. Poczułam, że miejsce to stanie się takim, do którego często będę zaglądać.
W końcu , po kilku minutach wytężania wzroku znalazłam literę „C” , jak się obawiałam, na jednej z najwyższych półek. Spostrzegłam blisko siebie dużą, drewnianą skrzynię, wokół której unosił się tysiące iskierek magii, zgodnie wirujących z lekkimi drobinkami kurzu. Podeszłam do niej i przejechałam dłonią po wystającej desce, po czym zajrzałam do środka. Moją uwagę przykuły wyrzeźbione w drewnie oczka, po pięć po obu stronach pudła. Po chwili domyśliłam się, do czego mogą służyć owe dziurki. Ostrożnie weszłam do skrzyni, przykucnęłam i włożyłam palce do wgłębień. Zacisnęłam oczy, czując, jak tajemnicza rzecz zaczyna trząść się we wszystkich kierunkach.
- Do litery „C” , poproszę. – szepnęłam , śmiejąc się.
Skrzynia wystrzeliła w górę niczym petarda, sprawiając, że poczułam się jak na kolejce górskiej. Zaczęłam cieszyć się jak małe dziecko, nie otwierając oczu. Zawirowałyśmy kilka razy. Do moich żył wkroczyła czysta magia, która w połączeniu z adrenaliną tworzyła istną mieszankę wybuchową. Ciśnienie wciskało mnie w głąb skrzyni, ale nie było to bolesne, wręcz przeciwnie ; twarde deski jakby zamieniły się w miękką, puchową poduszkę.  W życiu nie bawiłam się lepiej. Wesołe miasteczko to pikuś w porównaniu z tym, co właśnie przeżywałam. Na raz z głowy zniknęły wszystkie problemy, a dusza pragnęła tylko i wyłącznie jak najdłuższej jazdy tym drewnianym wagonikiem. Niestety bardzo szybko zorientowałam się, że hamujemy, a kiedy otworzyłam oczy ujrzałam przed sobą półkę oznakowaną literą „C” . Co.. Co.. Cot.. Cotswolds. Jest. Wyciągnęłam książkę oprawioną grubą, brązową skórą . Obok miejsca , na którym leżała, znalazłam też inne publikacje, które mogły mi się przydać – „Cotswolds High” , „Cotswolds – czary” i „Cotswolds . Początki i najważniejsze wydarzenia” . Wzięłam je wszystkie i delikatnie położyłam na dnie skrzyni, po czym znów przyjęłam taką samą pozycję, jak wcześniej.
- Na dół, poproszę. – znów się uśmiechnęłam. No i ruszyłyśmy w dół, niczym najsprawniejsza winda jeżdżąca 100km na godzinę. Nie sądziłam, że będę miała taką frajdę wybierając się do biblioteki.
Kiedy się zatrzymałyśmy , wyskoczyłam ze skrzyni na skrzypiące, dębowe deski podłogowe, zabierając ze sobą cztery dość grube książki. Wcisnęłam je do torby zastanawiając się, czy mi się na coś przydadzą. Chociaż nawet gdybym nie znalazła w nich tego, czego szukałam, na pewno przybliżą mi znajomość miejsca, w którym się znajdowałam.. Bo o Cotswolds wiedziałam tyko to, w uczniowie mają swoje domki i uczą się pod ziemią.

Pchnęłam lekko zardzewiałą furtkę, spoglądając przed siebie. Moją pierwszą lekcją były zajęcia obronne. Westchnęłam, widząc na trawniku grupki osób rozciągających się do ćwiczeń. Wf nigdy nie był moim ulubionym przedmiotem, ale w Cheddar biegaliśmy i graliśmy w tenisa stołowego. A co miałam robić tutaj ? Bić się ? Toczyć krwawe walki bokserskie ? Z przerażeniem przełknęłam ślinę , zauważając kilka metrów od siebie kosz wypchany.. mieczami. O nie, jestem przeciwniczką zabijania rówieśników na lekcjach, jeśli po to je tutaj przyniesiono. Odetchnęłam z ulgą , kiedy dostrzegłam w niewielkim tłumie dziewcząt Carnberry . Pomaszerowałam w jej stronę, spinając włosy w wysoki kucyk.
- Hej Maggie Jade. – uśmiechnęłam się – Ładnie wyglądasz. – wytrzeszczyłam oczy w zdumieniu. Dziewczyna była cudowna. Miałam na sobie czarne legginsy , za duży , sprany T-shirt i granatowe trampki, a ona ze szczerością powiedziała mi, że ładnie wyglądam.
- Hej Carnberry.. i.. ee.. dzięki. – usiadłam obok niej na trawię – Powiesz mi , na czym tak właściwie polegają te zajęcia ? – zapytałam i skinęłam głową w stronę kosza z wystającymi srebrnymi ostrzami. Momentalnie zaczęłam się trząść, i to nie ze strachu , tylko przez to, że poczułam na sobie zimny podmuch wiatru. No tak. Był początek października, a Maggie Jade wybrała się na dwór bez bluzy.
- Chcesz moją ? – usłyszałam głos John’a, chłopaka Carn. Boże, nawet nie zauważyłam kiedy przyszedł. Chwila. Czy on mi właśnie przypadkiem nie..
- Oh. Chyba o tym nie wspomniałam. No.. John potrafi odczytywać niektóre myśli innych osób. – Carn zobaczyła moje zmieszanie i pośpieszyła z wyjaśnieniami.  – Ale nie wszystkie, więc bez obaw. – zaśmiała się i machnęła ręką.
- Na serio ? Jak mogłaś o pominąć ?  To super moc.. – pokiwałam głową z entuzjazmem.
- Może i super. – chłopak wsadził ręce do kieszeni , wzruszając ramionami. – To chcesz tą bluzę ? – uśmiechnął się.
- Ee.. skoro to nie problem. Zimno mi, a zapomniałam wziąć swoją. – wygięłam delikatnie kąciki ust do góry i nałożyłam na siebie materiał, który John mi podał.
Chyba zakochałam się w tych ludziach.. Canberry i John byli dla mnie bardzo mili i w ogóle, wydawali się być naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Przekonałam się do nich już pierwszego dnia pobytu w Cotswolds, a z każdą następną chwilą pokazywali swoją jeszcze lepszą stronę. Miałam wrażenie, że nie długo staną się dla mnie rodziną, której przez wiele lat nie posiadałam. Babcia Breemely była jedyną osobą, jaka mi pozostała, nie licząc ciotki Kat z Nowego Jorku. To one stanowiły moją rodzinę.. Mama i tata zginęli kiedy miała zaledwie pięć lat, w wielkiej wojnie magicznych istot, która miała miejsce w 1999r. Nie pamiętałam ich zbyt dobrze, ale wiedziałam, że byli dla mnie bardzo ważni. Obiecałam sobie, że kiedy dorosnę, dowiem się więcej o ich tragicznej śmierci. Czułam, że mi się to uda.
- Wracając do twojego wcześniejszego pytania.. – głos Carnberry wyrwał mnie z otchłani zakopanych gdzieś głęboko myśli – Obronne polegają na zwiększeniu twojego poczucia bezpieczeństwa. Wiesz, w razie jakiegoś zagrożenia. Nie musisz się martwić, lekcje serio są fajne. Na każdej Nick wymyśla coś innego. No i nie robi żadnych sprawdzianów, to plus. – zaśmiała się.
- Kto to Nick ? – zaciekawiłam się.
- Nick.. to nasz nauczyciel.
- Ile ma lat, że mówisz o nim „Nick” a nie.. no jak on tam ma na nazwisko ?
- Richardson. Czy ja wiem.. chyba dziewiętnaście, lub dwadzieścia. Niezłe z niego ciacho. – mrugnęła do mnie, czekając na reakcję John’a. Ten jednak udawał, że tego nie usłyszał.
- Dziewiętnaście lat i nauczyciel ? – zdziwiłam się.
- Po prostu bardzo dobrze włada najróżniejszymi sztukami walki. – wzruszyła ramionami. – A w zasadzie.. To raczej trener niż nauczyciel. Oprócz obronnych nie nauczy niczego innego, ba , sam się uczy, jest w trzeciej grupie. No i dopóki Drew nie zawitał do Cotswolds był bezkonkurencyjny jeśli chodzi o popularność wśród dziewcząt. – John tym razem nie udawał głuchego , podszedł do dziewczyny i objął ją od tyłu, jakby chciał odgrodzić ją od reszty świata. Mimowolnie uśmiechnęłam się na ich widok. – Niektóre wciąż do niego startują , ale prościej jest z nowszym łupem, bo jest młodszy. Ale tak samo niedostępny… Tylko że ich „niedostępności” się różnią. Nick jest wesołym chłopakiem, a jego niedostępność wynika z tego, że nie chciałby spotykać się z .. uczennicą. Tak, głupio to brzmi. Poza tym ma dziewczynę i są razem szczęśliwi. No a Drew.. jest po prostu niedostępny, obojętny dla całego świata, przystojny, samotny, tajemniczy.. I chyba właśnie ta jego niedostępność pociąga choć połowę z jego adoratorek. – lubiłam jej opowieści. Jako, iż należała już do drugiej grupy umiejętnościowej, wiedziała dość sporo na temat poszczególnych postaci mieszkających w Cotswolds.  A ja byłam ich bardzo ciekawa.
Naszą rozmowę przerwała cisza, która nagle zapanowała na całym trawniku służącym jako pole do ćwiczeń . Spojrzałam w stronę furtki i ujrzałam w niej wysokiego, dobrze zbudowanego chłopaka o ciemnozłotej, niezłożonej fryzurze. Z szerokim uśmiechem wszedł „do środka” , witając wszystkich słowami :
- Cześć wszystkim – ależ oryginalne ! – Co ja tu miałem powiedzieć.. – podrapał  się po głowię. – A tak ! Mamy nową pierwszogrupową w składzie. – mówiąc to zaczął krążyć żywo niebieskim wzrokiem po tłumie. Po chwili natrafił na mnie , uśmiechnął się tak, że przestałam oddychać, po czym gestem ręki pokazał, abym wyszła na środek. Niepewnie przeszłam pomiędzy innymi „grupowymi” i stanęłam obok Nick’a.
- Jestem Nick Richardson. –wyciągnął do mnie dłoń.
- Jade – uśmiechnęłam się lekko – Maggie Jade Hawkins. – powiedziałam i uścisnęłam jego rękę. Poczułam, jak między naszymi ciałami przeszła jakaś nieokreślona, magiczna siła, która aż załoskotała mnie od środka. Zatopiłam się w jego oczach jak w oceanie ; gdzie nie spojrzałam widziałam tylko czysty, piękny błękit. Maggie Jade, no co ty, zakochasz się we własnym nauczycielu ? Zapomnij on tym. Nawet, jeśli jest starszy tylko o trzy lata, wciąż pozostaje nauczycielem. Puściłam jego rękę i na chwilę oderwałam od niego wzrok, przenosząc go za Nick’a . Momentalnie zrobiło mi się niedobrze, odskoczyłam do tyłu i z przeraźliwym wrzaskiem zakryłam sobie usta.
- Co jest ? – zdezorientowany Nick złapał mnie za ramię.
Bez słowa wskazałam palcem na miejsce oddalone od nas o dobrze dziesięć czy piętnaście metrów. Bardzo blisko lasu, trawa usiana była.. krwią. Świeżą, jeszcze jarzącą się w nikłym blasku słońca, rozmieszczoną w regularnych od siebie odstępach, ciągnących się przez jakieś trzy metry i kończących się przy gęstym, brązowym krzaku. Zamarłam ze strachu, próbując się nie rozryczeć. Na trawniku poruszyło się małe zamieszanie, ale ja nie widziałam ic poza czerwonymi plamami widniejącymi na bladozielonych pękach roślin.
- Pójdę tam. – usłyszałam głos Nick’a i zobaczyłam , jak szybkim ruchem przeskakuje płotek. Kilka osób próbowało go zatrzymać, ale on zaparcie szedł do przodu. Zniknął w głębi lasu, a wtedy Carnberry do mnie doskoczyła i lekko objęła, szepcząc ,abym się uspokoiła. Nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa .Obawiałam się najgorszego. Przez tą całą wizję, szept i sen chodziłam jak na szpilkach, a po głowie chodziły mi różne dziwne myśli. Zrobiłam się nienormalna, czy to w zupełności typowe zjawisko, że nastolatka ( co prawda czarodziejka, ale jednak nastolatka) widzi przyszłość czy coś w tym rodzaju ?
Po niecałych pięciu minutach znowu ujrzeliśmy w furtce Nick’a, całego i zdrowego, co lepsze spokojnego i jakby z wyrazem ulgi na twarzy.
- To nic takiego…  - zaczął
Wszyscy wytężyli słuch.
- Widzisz Maggie.. Nie masz się czego bać, ale twoja reakcja była typowo ludzka. To Jonas.. Jeden ze zmiennokształtnych. Właśnie pierwszy raz się przemienił, a pierwsza przemiana jest trochę bolesna i nieco.. krwawa. Ale to naprawdę nic takiego, ze wszystkimi zmiennokształtnymi tak się dzieje, i nie ma w tym …
Nie usłyszałam dalszego ciągu wyjaśnień chłopaka, ponieważ ledwo co stałam na nogach i po prostu stało się. Zemdlałam.

                                                              ***

Kiedy oprzytomniałam zorientowałam się, że znajduję się w pomieszczeniu , w którym dotąd ni byłam. Ostrożnie podniosłam się z dębowego łóżka i rozejrzałam się po pokoju. Był obszerny, zagracony najróżniejszymi sprzętami i rzeczami, ale zdawał się być przytulny . Po chwili w progu sosnowych drzwi znalazł się John i Carnberry. Usiedli obok mnie z nieco zatroskanymi minami, ale byli wyraźnie zadowoleni.
- Wszystko okej ? – spytała Carn.
- Okej. Tak, okej. – przełknęłam ślinę sprawdzając , czy aby nie mam odruchów wymiotnych , które zwykle miewałam po widoku krwi. Nie działała na mnie zbyt dobrze, a jej zapach wprost palił moje nozdrza. Za cholerę nie wiedziałam, jak wampiry mogą się tym żywić ; zresztą nawet nie chciałam o tym myśleć.
- To dobrze.
- Ile byłam nieprzytomna ? – zaciekawiłam się.
- Niedługo, niecałą godzinę. Właśnie mija ci literatura. – zaśmiała się –Ale jak nie chcesz na nią iść to nie musisz, dyrektorka zwolniła cię ze wszystkich lekcji.
- Jejku, ona jest naprawdę super. Alen chyba pójdę. Wiecie, chcę poznać resztę nauczycieli i w ogóle.
- Rozumiem.- pokiwała głową – Więc idź. Masz tu swoją torbę, zabrałam ją z szatni. Przebierz się – podała mi ją – A, Micky i Viv zmartwiły się, kiedy im powiedziałam, że zemdlałaś , więc zgłoś się do nich, żeby wiedziały, że już wszystko okej, dobra ?
- Dobra.- kiwnęłam głową – Carnberry… Czy ty też tak.. Jak się przemieniałaś..
- Podobnie. Ale w pełni. Wiesz, jestem wilkołakiem, a nie zmiennokształtną. –uśmiechnęła się.
- Ah. Jasne. – musiałam głęboko oddychać, żeby nie zwymiotować. Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do łazienki John’a, bo jak się okazało, to był jego domek. Przebrałam strój do ćwiczeń w spódnicę, bluzę i podkolanówki, po czym nieco odświeżyłam wygląd swojej zmęczonej twarzy.
Gdy zdecydowałam , że prezentuję się znośnie, podziękowałam parzę i wróciłam do szkoły , siadając pod salą od historii , ponieważ nie miałam ochoty siedzieć dziś z Drew na literaturze. Sądziłam, że wyjdzie mi to tylko na złe. Przeczesałam palcami powykręcane już we wszystkie strony włosy , wyciągając z torby jedną z wypożyczonych książek . Padło na „Cotswolds. Początki i najważniejsze wydarzenia” . Przerażona liczbą stron – 1432- otworzyłam książkę, a tak właściwie to księgę na końcu, poszukując spisu treści. Tak nieduże miasto, typowa brytyjska wieś, a tyle kartek przeznaczonych do udokumentowania tego miejsca..  Miliardy słów, nadających całości sens.. Byłam ciekawa, kto musiał to wszystko spisywać- bo w rzeczy samej litery nie okazały się być drukiem, lecz idealnie proporcjonalnymi znakami . Ja nie miałabym cierpliwości do czegoś takiego. Żeby to robić, trzeba to po prostu kochać.

Cotwsolds zostało założone w roku 1845 przez dwie czterdziestoletnie czarownice- Katherine i Shelley. Kobiety preferowały uprawianie czarnej magii, ale nie były znane ze szczególnego okrucieństwa. Założyły miasto nie z myślą o szkole, w które się później przekształciło, lecz chcąc stworzyć osobne imperium doświadczonych czarownic.

Przewracałam powoli kartki, chcąc poznać trochę historii.

(…) W 1859 roku Shelley niespodziewanie zmarła. Za jej śmierć obwiniało się Katherine, która odprawiając rytuały ze swoją siostrą potajemnie podkradała jej moc. W końcu Shelley została tak osłabiona, że jej organizm nie wytrzymał. Jednak nie wiadomo było, czy ta historia jest prawdziwa, jako, iż Katherine nie przyznawała się do tych zarzutów. Wkrótce reszta jej czarodziejskich sióstr zaczęła spiskować przeciwko niej i z pochodniami wkroczyła na jej terytorium, żądając prawdy na temat śmierci Shelley . Kobiety nie chciały skończyć tak samo jak ona. Katherine przerażona więzieniem i karą śmierci z powodu zabójstwa, do którego prędko po wielkiej aferze się przyznała, utopiła się w Tamizie. Jej zwłoki zostały odnalezione rok później przez jedną z czarownic z imperium, po czym jak najszybciej spalone na stosie. Siostry bowiem wierzyły, iż dusza Katherine może wydostać się z jej ciała, jeśli jej nie spalą.

Czytając kolejne zdania opowieści o Shelley i Katherine ciarki przechodziły mi po plecach. Te całe podkradanie mocy brzmiało jak coś rodem wyciągnięte z książki lub filmu fantasy. Nawet nie wiedziałam, że da się coś takiego zrobić. No i oczywiście w żadnym razie nie chciałam tego próbować. Katherine musiała mieć trochę poprzewracane w głowię, pewnie chciała mieć władzę nad całym Cotswolds… Kto wiem, może i zamierzała wykończyć w ten sposób wszystkie swoje siostry ?
- Historia Cotswolds serio jest ciekawa, a ta lektura wciąga. – znajomy, lekko ochrypnięty głos wyrwał mnie z zamyślenia. Podniosłam głowę znad pożółkłych , pachnących wilgocią kartek.
- Właśnie widzę.- rzuciłam w stronę Drew. – Czemu nie jesteś na literaturze ? – do końca lekcji pozostało jeszcze trzydzieści minut, jak się dowiedziałam po spojrzeniu na zegarek.
- Meyer mnie denerwuje. Szczerze mówiąc to wyżywa się na mnie. Nie podoba jej się to, że moja mama ma ja wkrótce zastąpić. – oparł się o ścianę, wkładając ręce do kieszeni czarnych spodni i muszę przyznać, że wyglądał w tej pozie.. dość pociągająco. Typowy bad boy. Nie, żeby mnie to jakoś interesowało.
- Twoja mama ma ją zastąpić ? Kiedy ?
- Niedługo – wzruszył ramionami – Odkąd Meyer nie może znaleźć wspólnego języka z uczniami, dyrekcja nie jest za tym, aby wciąż uczyła. A moja mama już od dawna jest pierwsza w kolejności do przejęcia tego przedmiotu. – dziwiło mnie, że tak normalnie ze sobą rozmawiamy.
- Nie może znaleźć wspólnego języka z uczniami ? Wydawała się być w porządku. – przypomniała mi się jej miła twarz.
- Może dlatego, że kompletnie nie interesowałaś się lekcją, Hawkins. – zaśmiał się krótko – A jest taka podburzona od czasu, kiedy to narzeczony ją rzucił. W sumie to mu się nie dziwię..
- Hej, każda zraniona kobieta by się tak zachowała.- zmarszczyłam lekko brwi.
- Tak, ale ona jest nauczycielką, mogłaby się trochę pohamować z tym wysyłaniem do głów uczniów jakichś durnych obrazków..
- Coo ? Wysyła.. obrazki ? – przeraziłam się na myśl o mojej wizji.
- No. Jest w nich jakiś tam sens. Związany z lekcją. Słuchaj, nie gadaj czy coś w tym stylu. Nie straszne, ale i tak chore, no bo kto normalny tak robi.
- Czyli nie wysyła jakichś scen z horrorów ? Eee.. no wiesz, krwi czy czegoś w tym rodzaju ? – przełknęłam ślinę.
- Nie.. nie, na pewno nie, aż tak psychiczna nie jest. Zresztą, nie zrobiłaby ci tego, słyszałem, jak dziś zareagowałaś na widok krwi. To o to ci chodzi, prawda ?
- Właśnie – podchwyciłam, aby nie nabrał żadnych podejrzeń.
- Musisz być tu silna, Hawkins. W Cotsowlds jest pełno osób, które tylko chcą zniszczyć takich jak ty. Uważaj na siebie – lekko się nade mną pochylił.
- Nawet mnie nie znasz. Umiem o siebie zadbać. – niemalże warknęłam.
- Przekonamy się, Hawkins. – uśmiechnął się ironicznie i odszedł.
________________________________________________________________
No i trzeci.. Na początku oczywiście bardzo bardzo bardzo przepraszam że musieliście tak długo czekać. Jak zwykle. Jestem do tyłu z dwoma zeszytami prawie i po prostu te przepisywanie jest strasznie długie, nudne, żmudne i męczące.. Jednakże OBIECUJĘ, że jeśli spiszecie się jeśli chodzi o komentarze, to 4 rozdział pojawi się tu raz dwa. Muszę zdradzić, że u Maggie Jade ostatnio dużo się dzieje, haha, mam naprawdę ogromną burzę mózgów, obecnie piszę 18 rozdział a wciąż jest tego więcej i więcej, więc nie musicie spodziewać się nieoczekiwanego końca :) Z góry przepraszam za błędy ortograficzne. Jeszcze raz proszę Was o opinie w komentarzach, to dla mnie ogromnie ważne, no i pamiętajcie że KAŻDY może dodać komentarz anonimowy :)
Do zobaczeniaa ;***
Z.





sobota, 16 marca 2013

Rozdział 2


- Mówisz o nim ? – skinęła głową w stronę wysokiego osobnika płci męskiej o piłkarskiej posturze. Ciemnobrązowe włosy w nieładzie opadały mu na czoło, nie zasłaniając jednak przy tym jego cholernie przystojnej twarzy. Był ubrany w białą koszulę z luźno zawiązanym krawatem i trzymał w ręku piłkę do kosza, którą za chwilę zręcznym ruchem wrzucił… no, do kosza.
- No a o kim ? – pisnęłam.
- A oto moja droga, najbardziej pożądany siedemnastolatek w Cotswolds.- uśmiechnęła się łobuzersko. – Drew Doubson. Zabójczo przystojny , wiecznie niedostępny, we własnej osobie. Obiekt westchnień większości dziewcząt – to mówiąc zaczęła wachlować się liściem – To chodzący ideał. Ale nie marnuj sobie czasu …. Jeszcze na żadną nie spojrzał. Prócz jednej takiej.- obdarzyła go tęsknym spojrzeniem.- Ale pomarzyć zawsze można , prawda ? – westchnęła.
- Oj można..- przyznałam.
W tym samym momencie chłopak odwrócił się w moją stronę . Byłam pewna, że patrzy prosto we mnie. Wytrzeszczyłam oczy. Gestem ręki pokazał swoim kolegom, (o proszę.. byli tam jacyś ? Ja widziałam tylko jego..) aby zaczekali na niego z grą i podał im piłkę, po czym.. zaczął zmierzać w naszym kierunku. Prościuteńko. Gwałtownie się obróciłam i pobiegłam w powrotem do liściastego buszu, ciągnąc za sobą Micky.
- Cholera, co ty robisz, Jade ?! – popatrzyła na mnie błagalnie
- Uciekam Micky ! Uciekam !
- Uciekasz przed najfajniejszym kolesiem w szkole, który chciała do ciebie podejść z w ł a s -
n e j woli ?!
- Właśnie tak ! Punkt dla ciebie ! – to mówiąc zaczęłam biec szybciej i tym razem naprawdę potknęłam się o gałąź . Wylądowałam na wilgotniej ziemi, podtrzymując się wystającego konara, by nie sturlać się z górki, wierzgając nogami. I wtedy ją zobaczyłam – ohydną, owłosioną gąsienicę, która próbowała dostać się na moją rękę . Puściłam się drewna i z przeraźliwym piskiem obrzydzenia i strachu, w ekstremalnych warunkach „zeszłam” (raczej powinnam nazwać to „zfikołkowaniem”) na dróżkę usianą trawą. Gdyby nie to , że w porę wypełniłam swoje ciało sporą dawką  dobrej magii, zapewne jęczałabym z bólu , bo nieźle uderzyłam o twardą powierzchnię. Widać moje moce na coś się przydają – pomyślałam.
- Jade, nic ci nie jest ? – Micky zbiegła ostrożnie z górki.
- Nie..- podniosłam się z ziemi, otrzepując się z trawy.- Dzięki za troskę.
- No jeszcze tego brakuje , żebyś już pierwszego dnia trafiła do szpitala! I w ogóle co się stało? Dlaczego uciekłaś ?!
- Bo.. oj .. ten Drew.. Czy ty myślisz, że ja przy tym chłopaku zachowywałabym się normalnie?!
- Pewnie chciał cię przywitać !
- Tak. Ale.. Nie wiem, czy nie zapomniałabym oddychać. Poza tym nie chce wyrobić sobie opinii laski uganiającej się za chłopakami, których nawet nie zna.- wzruszyłam ramionami.
- W sumie to cię rozumiem.. ale Drew.. proszę cię, Jade..- z płaczliwym tonem położyła policzek na moim ramieniu.

                                                                 ***

- Hej, jestem Vivienne.- dziewczyna o kasztanowych włosach i miłym, granatowym spojrzeniu podała mi rękę.
- Miło mi cię poznać. – uśmiechnęłam się .- Jestem Jade.
- Fajnie, że trafiłaś do nas, Jade. – usiadła na kanapie  saloniku. – We dwójkę był tu trochę pusto. – Teraz rozwalimy tą chatkę.- parsknęła śmiechem. – Skąd jesteś ?
- Z Cheddar. To miasteczko w Wielkiej Brytanii, w hrabstwie Somerset. Bardzo spokojne.
- Mhm. Czyli można powiedzieć, że jesteś przyzwyczajona do takich klimatów.
- No.. w sumie jestem.
- Mhm. Mi było dość trudno. Mieszkałam w Nowym Jorku.. A teraz w takim Cotswolds. Dwa inne światy.
- A, to rzeczywiście.. wieeele różnic. – zaśmiałam się. – Moja Ciocia mieszka w Nowym Jorku.
- To niesamowite miasto.. Poznałaś już dyrę ?
- Tak. Jest spoko.
- Oj tak, jest cudowna. W porównaniu z innymi nauczycielami to istny anioł.
- Inni są aż tak źli ?
- Niektórzy.. Powiedzmy, że nie zyskali mojej sympatii.
- Aha. Rozumiem.

Przez resztę dnia siedziałyśmy tak we trójkę- ja, Micky i Viv i rozmawiałyśmy na najróżniejsze tematy, dzięki czemu dowiedziałam się o nich naprawdę ciekawych rzeczy. Szczerze mówiąc miałam wrażenie, jakbyśmy znały się od lat, a nie jeden dzień. Okazały się być miłymi osobami, tak ciepło mnie przyjęły.
Około godziny dziewiętnastej trzydzieści usłyszałyśmy pukanie do drzwi wejściowych. Zdezorientowana Micky wstała z sofy i poszła w ich kierunku. Po chwili otworzyła zamek i ujrzałyśmy w progu.. Drew. Tak, tego Drew. Wcisnęłam się w fotel, żeby mnie nie zauważył. Zrobiło mi się okropnie głupio, że od niego wtedy uciekłam. Zacisnęłam powieki, jakby to miało mi w czymś pomóc.
- Cześć Micky. To u was mieszka ta nowa ? – usłyszałam jego kojący, lekko ochrypnięty głos. Oddychałam głęboko, aby przypadkiem nie zemdleć. Żałosne, Maggie Jade.
- Hej. A tak, Jade. Mieszka u nas. – odpowiedziała uszczęśliwiona Mi ; zapewne dlatego, że chłopak zapamiętał jej imię. Oni ,mężczyźni, moli tego nie wiedzieć, ale my cieszyłyśmy się z takich drobnostek.
- Sooklets kazała jej to przekazać. – co ? –  I tak właściwie… czy dziewczyna nie powinna nazywać się Maggie , czy coś w tym rodzaju ?
- Maggie to Jade. To trochę skomplikowane. Może sama ci to kiedyś wytłumaczy.
- Okej. A więc.. Pójdę już . Pa.
- Pa.  – po usłyszeniu trzaśnięcia drzwi błyskawicznie zerwałam się z fotela i zobaczyłam Micky, która rozmarzona opierała się o ścianę.
- Co chciał dać ? – spytałam.
Podała mi niedużą , papierową torbę, w której znalazłam długie podkolanówki, granatową spódnicę , marynarkę ze znakiem szkoły – półksiężycem otoczonym gwiazdami – i granatową bluzę, również z wyhaftowanym emblematem . Okej, czyli teraz to miał być mój codzienny strój. Nie było tak źle.. W końcu nie musiałam nosić wełnianej sukienki ani spódnicy w szkocką kratę. Przeżyję.

Wysoki brunet o przeraźliwie bladej skórze podszedł do zielonookiej blondynki o idealnych rysach twarzy , delikatnie łapiąc ją za ramię . Odwróciła buzię w jego stronę , wyraźnie czymś zaniepokojona. Chłopak odgarnął kosmyki z jej szyi i spojrzał na nią badawczo.
- Myślisz, że jej się uda ? – zapytała piękna istota.
- Pytasz, czy to ona ? Czy to jej przeznaczenie ?
Dziewczyna kiwnęła lekko głową.
- Czas pokaże. – chłopak uśmiechnął się chłodno.
Zerwałam się z łóżka z przyśpieszonym oddechem. Był środek nocy – dochodziła godzina trzecia. Pierwszy raz w życiu miałam tak realistyczny sen, ale nie to mnie zaciekawiło. Sen ten jako jedyny posiadał w sobie jakiś sens , jakąś jedną, spójną, logiczną całość. Był tak zwyczajny, a zarazem tak przerażający, intrygujący. Coś podpowiadało mi, że to nie było coś normalnego ; że powinnam zastanowić się nad jego ukrytym znaczeniem , lub też tym oczywistym, podanym jak na tacy – „Myślisz, że jej się uda ? Czy to jej przeznaczenie ?” . Byłam prawie pewna , że owe dwa niezwykłe stworzenia rozmawiały o mnie. Tylko co miało mi się udać ? Co miało być moim przeznaczeniem ? Czy w Cotswolds czekały na mnie jakieś plany ? Zagadki, tajemnice ? Dowiem się o sobie czegoś, czego dotąd nie wiedziałam ? „Czas pokaże” – pomyślałam i powrotem opadłam na poduszkę, chcąc się wyspać przed pierwszym dniem w nowej szkole.
Kiedy otworzyłam oczy był już ranek, a zegarek wskazywał godzinę siódmą. Nie musiałam się śpieszyć. Lekcje zaczynały się o ósmej, tak więc miałam sporo czasu na umycie się, ubranie i zjedzenie śniadania. W Cheddar o tej porze musiałabym być już gotowa na jazdę do szkoły, która znajdowała się na drugim końcu miasta. Tutaj drzwi do niej posiadałam we własnym domu, więc zamierzałam to wykorzystywać.
Ostatecznie wstałam dopiero o wpół do ósmej. Wolnym krokiem udałam się do łazienki, spotykając po drodze Micky. Vivienne jeszcze spała – szczęściara, miała w poniedziałki na dziesiątą.
Umyłam twarz i zęby oraz przebrałam się w swój nowy szkolny zestaw, decydując się na bluzę, a nie marynarkę . Śniadanie zjadłam szybko i zwinnie, przy muzyce zespołu Muse, która akurat leciała w radiu. Zawsze lubiłam te „zmierzchowe” rytmy, więc szczerze się ucieszyłam.
W końcu przyszedł czas na zmierzenie się ze szkolnymi korytarzami Cotswolds High. Pięć minut przed pierwszą lekcją weszłyśmy do szkoły . Poprawiłam włosy, próbując zdawać się niewidzialna. Niestety nie pomogło – oczy wszystkich uczniów kierowały się w moją stronę . Co jest ? Czy mam na czole napisane „Patrz się na mnie” ? Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Ale musiałam zachowywać się naturalnie – przecież miałam świadomość, że tak będzie. Nowa osoba w szkole zawsze wywołuje wokół siebie zamieszanie. To już taka tradycja.
- Pierwsza lekcja czarów. – rzuciła do mnie pogodna Micky.
- Fajnie. Nauczycielka czy nauczyciel ?
- Nauczycielka. Pani Clarks. Jest naprawdę super. – wzruszyła ramionami.- Ty drugą masz literaturę. I … Drew na nią chodzi, więc nie panikuj, okej ?
- Eee.. Spróbuję. – starałam się mówić jak najbardziej obojętnym tonem.
Weszłyśmy do klasy. Wszystkie twarze wydawały mi się znajome – zapewne poznałam je dzień wcześniej, kiedy Micky pokazywała mi okolice.   Uśmiechnęły się do mnie i pomachali. Zrobiłam to samo i zajęłam miejsce obok Micky.
- Witaj , Jade.  Jesteś nowa, prawda ? – zwróciła się do mnie niewysoka brunetka w różowej koszuli wsadzonej w czarną, ołówkową spódnicę. Kobieta mogła być po trzydziestce , ale dobrze się prezentowała.
- Tak, to ja. Jestem nowa. – kiwnęłam lekko głową.
- Nazywam się Melanie Clarks . Mam nadzieję, że spodobają ci się moje lekcje .- uśmiechnęła się .
- Na pewno. – odwzajemniłam ten gest.
Kobieta podeszła do swojego biurka i zaczęła sprawdzać obecność . Za ten czas przyjrzałam się osobom, które siedziały w pobliskich ławkach. Przywitali się ze mną i wymieniliśmy kilka słów.
- Dobrze kochani. – pani Clarks stanęła przed tablicą oprawioną w grubą, dębową ramę .- Dzisiaj dla odmiany trochę teorii.
Wszyscy jęknęli.
- Ależ nie marudźcie ! Na pewno zainteresuje was ten temat . Pomówimy trochę o wampirach.
Ożywiliśmy się nieco.
- Jak wiecie, wampiry to istoty prawie nieśmiertelne. Nauczycielka mówiła chodząc od ławki do ławki – Prawie. Istnieje kilka sposobów na ich zabicie. Jak się orientujecie, nie chodzi mi o kołek osinowy czy rozczłonowanie i spalenie ciała. Chodzi mi o czary, zaklęcia, których nie jest w stanie użyć człowiek.. – wykreśliła na tablicy dziwne zdanie . „ Querto me kira la tuqe xerius eroce me” . Nie miałam pojęcia, co oznaczają dane słowa.
- Słowa te napisane są w nieistniejącym języku – wyjaśniła Clarks – Zaklęcie te zabija wampira na dobre. Ale może zabić i nas ! Po wypowiedzeniu tego zdania ginie się w okrutny sposób . Język odmawia nam posłuszeństwa ,a my zaczynamy się nim dławić. Wtedy czat ten i tak nie spełnia do końca swej roli, ponieważ nie zabija wampira, jedynie unieruchamia go na jakiś czas. Tylko osoba wybrana może wypowiedzieć owe zdanie i sama nie stracić życia ; takich osób zaś na świecie jest bardzo, ależ to bardzo mało. Najgorsze jednak jest to, że takie osoby nie wiedzą ,iż są wybrane, dopóki nie spróbują wypowiedzieć zaklęcia. Wówczas nie mają pojęcia, czy uda im się przeżyć ową próbę unicestwienia wampira. Zaklęcie to..
Momentalnie zrobiło mi się niedobrze . Dławić się językiem ? Próbować zabić, nie wiedząc, czy samemu się przeżyje.. To okropne.
- Ostrzegam was. W  ż a d n y m  wypadku  nie używajcie tego w praktyce. Dla własnego dobra nawet nie próbujcie tego czytać ! Pokazałam wam to tylko po to, byście uważali , kiedy zetknęlibyście z tym oto zaklęciem . No i program nauczania mnie do tego zmusza. – westchnęła.
Podniosłam rękę do góry.
- Tak, Jade ? – nauczycielka udzieliła mi głosu.
- A jak.. to zaklęcie .. działa na wampira ?
- Bardzo dobre pytanie. A więc.. ono pali go od środka. Żywym ogniem. To dla niego ogromna udręka. A on nie może nic z tym zrobić. Od tego nie ma ucieczki.
Kiwnęłam delikatnie głową.
Przez resztę lekcji pani Clarks opowiadała nam o kilku czarach mogących wyrządzić krzywdę naszym wrogom. Tamte jednak nie zaciekawiły mnie tak, jak to pierwsze, choć oczywiście mogły się przydać . Czułam, że zajęcia pani Clarks będą moimi ulubionymi ; chociaż jeszcze nie uczestniczyłam w innych.
Po czarach przyszła kolej na literaturę. Energicznym krokiem powędrowałam do sali znajdującej się na drugim końcu korytarza. Po drodze poznałam Ellanie – piękną, niezwykle wesołą fioletowowłosą elfkę. Nie przywiązałam większej uwagi do jej włosów – sama lubiłam bawić się farbami, ale w końcu, po wielu przejściach, wróciłam do swojego naturalnego , czekoladowego brązu.
Usiadłam na tyłach klasy, która ozdobiona dziesiątkami obrazów i oprawionych w grube ramy wierszy, zdawała się być bardzo malutka. Przez chwilę wodziłam wzrokiem po trzykartkowej publikacji , którą znalazłam na ławce. Przedstawiała ona fragment Romea i Julii  Szekspira, jak się dowiedziałam po przeczytaniu pierwszego wersu. Zawsze lubiłam tą sztukę . Ma w sobie coś pięknego, a zarazem tragicznego i intrygującego oraz tajemniczego. Moje rozmyślania przerwał dźwięk stukających o podłogę obcasów, należących do starszej blond kobiety o idealnych kształtach i serdecznym wyrazie twarzy. Kurczę, czy tu wszyscy są tacy mili ? Za nią do klasy wszedł wysoki chłopak. Kiedy odwrócił się, rozpoznałam w nim Drew. Na śmierć zapomniałam, że miał chodzić ze mną na literaturę, a przecież godzinę przedtem Micky mnie o tym informowała ! Mimo to starałam zachowywać się normalnie. W końcu musiałabym przed nim uciekać. Niestety jak na złość jedyne wolne miejsce znajdowało się obok mnie. Chłopak usiadł na krześle, rzucając niedbale na podłogę swoją torbę. Naprężyłam wszystkie mięśnie jak do skoku, choć oczywiście nie zamierzałam bawić się w tygrysicę.
- Drew. Ty pewnie jesteś Jade ? – rzucił nieco obojętnie w moją stronę. W dziennym świetle jego oczy wydawały się żarzyć niczym małe ogniki.
- Tak. – starałam się odpowiedzieć równie beznamiętnie.
- To ty wtedy przede mną uciekałaś, prawda ? – zaśmiał się sarkastycznie.
- Ee.. raczej nie. Nie wiem o czym mówisz . – wzruszyłam ramionami, nie chcąc wyjść na totalną wariatkę.
Nie odpowiedział. Był taki obojętny , że miałam ochotę na niego wrzasnąć. Micky ostrzegała mnie , że tak będzie, ale jak dotąd nie chciałam w to uwierzyć. A jednak. Siedemnastolatek okazał się być tak cholernie niedostępny i gdyby nie to, że raczej  n i e  zyskał mojej sympatii, zapewne próbowałabym zwrócić na siebie choć strzępki jego uwagi. Ale nie , nie zamierzałam wzdychać na jego widok ani słodko się uśmiechać. Koleś może ( NA PEWNO ) i miał twarz, ale za grosz dobrego charakteru.
Chwilę patrzałam na niego gardzącym wzrokiem, po czym zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Po omacku poszukałam rękoma krawędzi ławki i kurczowo zacisnęłam na niej palce. Momentalnie zaczęłam mieć problemy z oddychaniem i z trudem łapałam powietrze. Nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje. Byłam dosadnie przerażona. I wtedy to zobaczyłam – biały puch za oknem. Wirujące płatki śniegu, pokrywające wzgórza miasteczka, którym bez wątpienia było Corswolds. I mnóstwo czerwonego, lepkiego płynu na drewnianej podłodze, który niestety, byłam pewna, nie był nieszkodliwym barwnikiem czy wylaną farbą, a krwią. Litrami krwi.. Tu stanie się coś złego.
Po kilkunastu sekundach, które dłużyły się w nieskończoność, odzyskałam normalne pole widzenia i pierwszą rzeczą, którą ujrzałam , była zaciśnięta na moim ramieniu dłoń Drew. Spojrzałam na niego zdezorientowana i przestraszona. Przełknęłam ślinę.
- Coś się stało ? – szepnął.
- Nie mam.. nie mam pojęcia. – pokręciłam wolno głową.
- Chcesz pójść do pielęgniarki ?
- Nie, nie. Wszystko w porządku.
Minęły dwie minuty , zanim wzruszył lekko ramionami i obrócił się w stronę tablicy. Przedtem spoglądał na mnie nieco zatroskany i przerażony, ale i zaintrygowany. Aż tak źle wyglądałam ? No nie wiem, miałam wywalone oczy białkami na wierzch ? Zresztą, kogo to obchodziło ? Widziałam coś.. strasznego. Nie wiem dlaczego i w jakim celu, ale widziałam. Miałam.. wizję ? Czy tak to można nazwać ? Nie wiem.  Ale mniej więcej zrozumiałam, o co w niej chodziło. Nie było to trudne.. Śnieg. Niedługo w Cotswolds spadnie śnieg. A wtedy będzie trzeba się pilnować. Ktoś.. coś.. lub przeznaczenie , pragnie zrobić komuś z nas, lub po prostu komuś .. krzywdę. Ogromną krzywdę. Będzie krwawa bitwa ? Nie, nie, zdecydowanie.. widziałam za mało krwi. Po bitwie zostałoby więcej.. Poza tym.. podłoga ! Bitwy toczą się na zewnątrz. A ta krew.. ona była na podłodze. Zerknęłam na drewniane deski w Sali. To  t a  podłoga – stwierdziłam. Co się do cholery stanie ?! Boże, oszczędź mnie ! Hekate ! Duchy ! Jestem tu pierwszy dzień ! No błagam !
Nagle do głowy przyszła mi nowa myśl : może jesteśmy bezpieczni ? Może to co zobaczyłam.. działo się w przeszłości ? Tak.. ale w takim razie po co jakiś stuknięty komin, trawa czy niebo wysyłałoby do mojej głowy te obrazy ?! No po co ?! Co się stało to się nie odstanie !
Wyluzuj, Maggie Jade. Uspokój się.
W końcu posłuchałam samej siebie i oddałam się wykładowi pani Meyer na temat Romea i Julii .  Dość szybko zapomniałam o swojej „wizji”, analizując  kolejne akty Szekspira.
Po lekcjach wraz z Micky i Vivienne zostałam zaproszona do domku Carnberry . Nie mogła mieć chatki z John’em ,ale przesiadywali u siebie tak długa, jak tylko pozwalały im na to zasady szkoły. Nie widzieli świata poza sobą nie szczędzili sobie okazywania uczuć. Carnberry była prawdziwą szczęściarą ; i pomyśleć, że na początku nie cierpiała John’a , jak się dowiedziałam z jej opowieści . No cóż. Miłość sama wybiera…
Domek urządzony był w stylu podobnym do naszego , tyle, że te pomieszczenia były nieco bardziej staroświeckie, niemniej jednak piękne. Ceglany kominek zdobiły złote, liczne wzory , nadając mu oryginalny, niepowtarzalny wygląd. Na kanapie ujrzałam trzy dziewczyny, z którymi wcześniej nie miałam jeszcze okazji się zetknąć.
- To moje współlokatorki .-wyjaśniła Carn – To jest Maggie Jade, dziewczyny. – podobało mi się , że użyła moich dwóch imion. Sama nie myślałam o sobie „Maggie” czy „Jade” – myślałam o sobie jako o Maggie Jade. Choć oficjalnie byłam nazywana po prostu „Jade”. Ale w końcu moje prawdziwe imię brzmi Maggie.. Nie chciałam o tym zapomnieć. – To jest Windy – kontynuowała Carnberry – Zabójczo „przystojna” elfka. – wskazała na ognistooką blondynkę ze szpiczastymi uszami. Pomachała do mnie, więc zrobiłam to samo . Rzeczywiście, była ładna, ale jak dla mnie Micky czy Carn były ładniejsze. – To Conni, nasza niebieskowłosa czarodziejka. – pokazała na dziewczynę pośrodku z szerokim, szczerym uśmiechem na ustach – A to Mitchie, w której żyłach płynie ta sama wilcza krew co moja. – zaśmiała się wskazując na ostatnią z dziewcząt, szatynkę o egzotycznej urodzie i miedzianej cerze.
Wytrzeszczyłam oczy w zdziwieniu.
- Jesteś… wilkołaczką ? – spojrzałam ponownie na Carnberry . Nie mogłam uwierzyć, że taka drobna, blada dziewczyna zmienia się w drapieżną bestię. Myślałam, że jest czarodziejką !
- Tak ! Nie spodziewałaś się, co ? – zaśmiała się .
- Nie ! – pokręciłam głową. – Naprawdę ! Ale numer..
- No widzisz. – wzruszyła ramionami. – To już wiesz.
Kiwnęłam głową i usiadłam obok dziewczyn na kanapie.
- Masz super imię, Maggie Jade . Kto je wymyślił ? – odezwała się Conni z entuzjazmem.
- Ee.. tak szczerze.. to naprawdę nazywam się Maggie. Ale moja babcia, fanatyczka amerykańskich telenoweli uważa, że wyglądam jak jakaś dziewczyna z jednej z nich ,a ona nazywa się Jade. Zaczęła tak na mnie mówić i tak już się przyjęło. Zwykle mówią na mnie po prostu Jade.. Ale Maggie Jade też mi się podoba. – uśmiechnęłam się.
- Mi też by mi się podobało. Jest świetne ! – wypaliła Windy.
- A ty ? Dlaczego mówią do ciebie Micky, a nie Nicole ? – zagadnęłam Micky , która dotąd siedziała cicho wcinając paczkę chipsów.
- Bo lubię myszkę Micky. – wzruszyła ramionami – Zaczęłam traktować to jako ksywkę, a potem stało się moim imieniem .
-Fajnie.. ja też sobie zmienię imię. – odezwała się Mitchie. – Hej, pasowałoby do mnie Jackie ? Albo Sophie ?
- A może cymbał ? – prychnęła Carnberry , siadając obok nas. – Mitchie pasuje do ciebie idealnie. – dodała.
- Jak tutaj trafiłaś, Maggie Jade ? – zapytała Windy .
- No.. Babcia miała mnie dosyć. Sprawiam, ze koleżance zniknęły włosy, nauczycielka zmieniła się w faceta.. – zaczęłam wymieniać swoje wpadki.
- I wyczarowała stado gołębi ! – Micky zaczęła się śmiać.
-No..i wyczarowałam stado gołębi. – westchnęłam.
Wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.
- A właśnie, Jade, jak tam z Drew ? – spytała po chwili zaciekawiona Vivienne, sprawiając, że poczułam na sobie wzrok pozostałej piątki.
- Z Drew ? Uu, coś was łączy ? – wytrzeszczyła oczy Conni.
- Właściwie.. to zupełnie nic.
- Wczoraj Drew chciał do niej podejść. A ona uciekła. A potem przyszedł do nas do domku. A ona się schowała. A dziś miała z nim literaturę. – wyjaśniła Micky.
- I co ? Co ? – Chciała dowiedzieć się Mitchie. – Czekaj.. uciekałaś przed  D r e w  ?!
- No właśnie ! Też nie mogłam jej zrozumieć !  - przejęła się znowu Micky.
- Ojeju. – zawstydziłam się.
- Nie chciała wyjść za panienkę uganiającą się za nieznanymi kolesiami. – dodała blondynka bez przekonania.
- No dobra.. A co z tą literaturą ? – ciągnęła wilkołaczka .
- Nic. Kompletnie nic. – powiedziałam, przywracając pamięcią wydarzenie, które miało miejsce te kilka godzin wcześniej – Szczerze mówiąc, to.. frajer z tego waszego Drew. Przystojny frajer.
Plotkowałyśmy przez kolejne trzy godziny . Dziewczyny przybliżyły mi w ten sposób historie mnóstwa uczniów Cotswolds High. Słynne związki, rozstania, wpadki itepe. Czułam, że włączyły mnie do swojej paczki i bardzo mi się to spodobało. Pięć minut przed dwudziestą wyszłyśmy z Micky i Viv z domku Carnberry , zmierzając w kierunku naszego. Na dworze panował już mrok, ale dróżki oświecone były małymi pochodniami z lampkami LED wbitymi w ziemię. Nie no, żartowałam, bo w rzeczy samej widok ten nie był tak banalny – w pochodniach jarzyły się różnymi kolorami nieduże, magiczne kule, tryskając swymi jasnymi iskrami we wszystkich kierunkach. Magia wprost unosiła nas w powietrzu ,a znana mi już waniliowo - fiołkowa woń przedzierała się przez gęsto ulistnione drzewa. Wciągnęłam mieszaninę azotu, tlenu i gazów szlachetnych do płuc z rozkoszą, delikatnie przymykając powieki.
Strzeż się. – usłyszałam szept, który zdawał się jakby przenikać przez niebo.
_______________________________________________________
heeeej wszystkim :) No i jest 2 rozdział. Mam nadzieję , że Wam się spodoba i będziecie czekać na następny ;) Przepraszam, że tyle to trwało , ale ogólnie piszę to opowiadanie w zeszycie i jest tego okropnie dużo, w tej chwili jestem do tyłu ze 115 kartkami zapisanymi kratka pod kratką i drobnym druczkiem, więc nie jest łatwo, ale chyba mi się uda :D . Przeppraszam z góry za błędy, ale siedząc tyle czasu przed komputerem nie mam już siły ich poprawiać. 
Czekam na opinie w komentarzach ! ;*** Trzymajcie się cieplutko,



Z. 

czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 1


Mogłam się domyślić, że to nastąpi ; prędzej, czy później . Po roku przepełnionym magicznymi problemami i moim nieposłuszeństwem kochanej babci Breemely wysiadły nerwy. Nie potrafiła na mnie krzyknąć , a ja nie potrafiłam przestać pakować się w kłopoty. Miałam świadomość, że staruszka pewnego dnia odważy się powiedzieć „dość” . Wcale jej się nie dziwię. Nie należałam do spokojnych szesnastolatek siedzących z nosami w książkach, to też babcia nie dawała sobie ze mną rady. Obydwie bardzo się kochałyśmy, ale Breemely musiała coś ze mną zrobić.
I w końcu wysłała mnie tutaj – górzyste miasteczko Cotswolds to coś w rodzaju przebudowanego Hogwartu . Wielka przestrzeń przeznaczona do nauczania istot z magicznymi korzeniami.
Z westchnieniem pchnęłam drzwi czarnej taksówki i wyszłam na żwirową dróżkę. Szybko pożałowałam, że ubrałam spódnicę – okropnie wiało, a chłodne powietrze zdawało się przenikać przez skórę , wywołując istny huragan w moich żyłach. Podniosłam wzrok z ziemi i spostrzegłam kilka metrów przed sobą uśmiechniętą blondynkę . Miała ona około metr siedemdziesiąt wzrostu i szczupłą, zgrabną sylwetkę przyodzianą w czarne dżinsowe rurki i granatowy płaszczyk .Wyglądała na miłą dziewczynę, a jej bladobrązowe oczy iskrzyły się w nikłych promieniach słońca. Po chwili podeszła do mnie luźnym, ale dostojnym krokiem.
- Micky. – przedstawiła się , wyciągając do mnie rękę . – Ty pewnie jesteś Maggie ?
- Jade. Mów mi Jade. – uśmiechnęłam się, ściskając jej dłoń. – Przypominam mojej babci jakąś dziewczynę  z amerykańskiej telenoweli i tak już się przyjęło. – wzruszyłam ramionami.
- Dobrze. – zaśmiała się . – Tak się składa, że Micky też nie jest moim prawdziwym imieniem. Tak naprawdę nazywam się Nicole. Ale chyba już nikt tego nie pamięta.. – machnęła ręką.
- A to ciekawe…
- A więc zostałam wybrana do zapoznania cię z naszym małym światem, Jade. – ruszyłyśmy się z miejsca, kiedy taksówkarz podał mi z bagażnika moje walizki.
- Nie takim znowu małym… - stwierdziłam przyglądając się odległym ,zielonym pagórkom.
- Szybko nauczysz się tutaj przemieszczać. Przyznam, na początku to wszystko wydaje się być przytłaczające , ale potem się przyzwyczaisz.
- A właśnie, bo w ogóle gdzie my mieszkamy i gdzie odbywają się lekcje ? Z tego co wiem to nie ma tu żadnej szkoły, ani nic w tym stylu. Tylko kamienne domki.
- Całe Cotswolds jest naszą szkołą. – uśmiechnęła się. – Bo widzisz… lekcje odbywają się głównie pod ziemią.
- Pod…ziemią ? – wytrzeszczyłam oczy w zdumieniu.
Kiwnęła głową.
- W tych kamiennych domkach znajdują się nasze pokoje. – tłumaczyła – zazwyczaj w jednym domku mieszka po sześć osób. W każdym domku jest specjalne wejście pod ziemię. Wiem, to brzmi paskudnie, strasznie i nierealnie , ale gdy tam jesteś nie odczuwasz nic dziwnego. No, okej, odczuwasz, przez wystrój i tą całą magiczną atmosferę, ale poza tym to jak zwykła szkoła na powierzchni. Tylko bez okien. –parsknęła. – I jest ogromna. Bo jak już mówiłam, w każdym domku znajduje się do niej wejście, a niektóre są daleko od pozostałych. Poza tym niektóre lekcje odbywają się w większych domkach przekształconych w klasy, albo w terenie.
- Wow. No, jestem pod wrażeniem. – naprawdę byłam . Szkoła pod ziemią ? Istny odlot. Osobne domki ? Raj. – Ale nie każą nam siedzieć ciągle pod ziemią , prawda ? – spojrzałam na nią niepewnie. Nie cierpiałam robali.
- No jasne, że nie. Po szkole można nam wracać do pokoi , od poniedziałku do czwartku można odwiedzać innych uczniów i wychodzić do miasta do godziny dwudziestej. A w weekendy do dwudziestej trzeciej. Poza tym w tedy nie ma lekcji , ewentualnie jakieś zajęcia rekreacyjne, na przykład jazda konna. Ale zwykle nie trzeba w nich brać udziału, jeśli się nie chce.
- Chyba się przyzwyczaję… W sumie to bardzo przyzwoity plan.- uśmiechnęłam się delikatnie.
-Na szczęście masz domek ze mną. W razie jakichkolwiek wątpliwości, pytaj. Zresztą mam ci jeszcze dużo do opowiedzenia… Na razie jednak rozpakuj się. – to mówiąc wyciągnęła rękę przed siebie , wskazując na niedużą, kamienną chatkę . Była bezgranicznie piękna ,a rosnące wokół niej różane krzaki wprost tętniły życiem, nie zważając na zbliżającą się powoli zimę. W oknach zauważyłam subtelne spięte firany w kolorze kości słoniowej. Jak na średniowieczną budowlę , chatka była naprawdę zachwycająca. Od dziecka lubiłam takie miejsca – uważałam, że odrobina kurzu i skrzypiąca , drewniana podłoga nadaje im magicznej , domowej atmosfery. Mieszkając z babcią zostałam nauczona  miłości do staroświeckich drobiazgów.
Chwyciłam w dłonie walizki, które przedtem na chwilę postawiłam na trawię i poszłam za Micky do wnętrza domku. Przekroczyłam próg z ostrożnością , rozglądając się we wszystkie strony – dziesiątki zardzewiałych, ale eleganckich kinkiecików rozświetlały pomieszczenie , nadając mu przytulny wygląd. Dół mieszkania okazał się być salonikiem . Na dużym, włochatym dywanie ustawiono czteroosobową sofę w intrygujące wzory, ozdobioną stertą różnokolorowych poduszek . Przed kanapą znajdował się okazałe wielkości kominek , zbudowany z czerwonych i brązowych cegiełek . Ściana pokryta tapetą w drobne kwiatuszki nadawała pokojowi ciepłą, przyjemną nutkę babcinej miłości. Nad kominkiem zamontowano nieduży telewizor. Szczerze mówiąc niezmiernie ucieszył mnie jego widok – nie wyobrażałam sobie codzienności bez nowych odcinków „Innej” czy „Poplandu” . Na jednej ze ścian widniała drewniana boazeria. Na lewo od salonu zauważyłam malutkie pomieszczenia, które okazało się być kuchnią. Był tam tylko aneks kuchenny i lodówka, ale przecież i tak niczego więcej nie potrzebowałam. Wręcz przeciwnie , coś takiego to był szczyt moich marzeń . W zwykłym internacie dostałabym ciasny pokój z drewnianym łóżkiem (o ile nie metalowym ) na środku. Na dole byłaby kuchnia dla wszystkich uczniów , a gdzieś dalej łazienka dla dziewcząt . Tu zaś mogłam żyć jak w normalnym domu – salon, telewizor, pokój, łazienka, kuchnia. Wszystko to miałam dzielić jedynie z koleżankami z domku , a nie z setkami innych nastolatków. Coś wspaniałego. Chyba zaczynałam cieszyć się z faktu, iż babcia mnie tutaj wysłała.
- Trafił ci się jeden z najlepszych domków w całym Cotswolds, Jade. Niedawno go odnawiano. – uśmiechnęła się w moją stronę Micky.  Była naprawdę w porządku. – Oprócz nas mieszka tu tylko Vivienne . Jest fajną dziewczyną, zaprzyjaźniłyśmy się. Obie wprowadziłyśmy się tutaj bardzo niedawno, zaledwie dwa miesiące temu. Niestety Viv pojechała w odwiedziny do rodziców rankiem, więc poznasz ją dopiero wieczorem.
- Można wyjeżdżać w odwiedzony ?
- Mhm. Dwa razy w miesiącu, lub  w wyjątkowych sytuacjach. Wtedy na cały dzień jest się zwolnionym z lekcji. A w wakacje masz dwa tygodnie na pobyt u kogoś bliskiego. Albo nawet całe dwa miesiące, jeśli rodzice po ciebie przyjadą i usprawiedliwią twoją nieobecność.
- Okej… Fajnie. – usiadłam na kanapie nieco wyczerpana. To przez tą jazdę taksówką. Od zawsze cierpiałam na lokomocję.
- Heej, nie martw się. Niedługo się tutaj zaklimatyzujesz. Mnie też na początku było trudno.. Ale tutaj jest naprawdę super. – usiadła obok mnie i poklepała po ramieniu.
- Mam nadzieję. – uśmiechnęłam się lekko.
- Co takiego przeskrobałaś, że rodzice cię tu wysłali ? – zaśmiała się.
- Babcia.. Rodzice nie żyją.
- Przykro mi.- pośpieszyła zmieszana.
- Oj nie, nie szkodzi. To było dawno, przywykłam już. – wzruszyłam ramionami.- A babcia wysłała mnie tu, bo najnormalniej w świecie nie dawała sobie ze mną rady. Trudny ze mnie przypadek.. mam tendencję do pakowania się w kłopoty. – parsknęłam śmiechem.- Babcia miała mnie dość, kiedy zamiast wyczarować sobie na ścianie malunek ptaka, wyczarowałam czterdzieści gołębi , które jak opętane latały po całym domu.
- No nieźle… - Micky też się śmiała – Coś czuję, że się polubimy, Jade.
- Ja też. – pokiwałam głową.

Godzinę później zdążyłam już się rozpakować i rozgościć w nowym pokoju. Jego widok mnie zadowolił  podobnie jak na dole, jego ściany pokrywała kwiecista tapeta . W jednym kącie stało jednoosobowe  łóżko zrobione z drewna w ciepłym odcieniu brązu. Obok niego znajdowała się małą szafka nocna z dwoma głębokimi szufladami, które już wypchałam po brzegi bielizną i różnego typu ładowarkami i słuchawkami. W drugim kącie ustawiono szafę z tej samej kolekcji co łóżko , a przy niej nieduży prostokątny stolik służący jako biurko, z niebieską lampką na brzegu. Dzięki Bogu w pokoju było kilka gniazdek elektrycznych, więc dobrze, że wzięłam odtwarzacz CD. Poza tym upewniłam się, że w Cotswolds jest Internet; rzecz niezbędna do przetrwania w miejscu tak oddalonym od cywilizacji.
Po rozpakowaniu się i zatelefonowaniu do babci poszłam do łazienki wziąć szybki prysznic. Dochodziła godzina czternasta, a chciałam jeszcze dzisiaj zapoznać się z rozmieszczeniem miasteczka. Nie miałam zamiaru błądzić pod ziemią w poszukiwaniu odpowiedniej „nory”. Przyznam, szkoła pod ziemią to coś na pewno oryginalnego, ale cała ta wizja podziemnego Hogwartu przyprawiała mnie o dreszcze. Mimo o czułam, że się tu wpasuję. Kiedy wyszłam z toalety było wpół do trzeciej.  Narzuciłam na siebie parę czarnych dżinsów i czerwony, luźny sweter. Całość uzupełniłam czarnymi Vansami i delikatnym makijażem oraz rozpuściłam włosy. Gdy zastałam Micky w kuchni skręciłyśmy w stronę boazerii , po której prawej stronie dostrzegłam drzwi, które również drewniane, mieszały się z otoczeniem . Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni mały, pozłacany kluczyk i przekręciła nim zamek. Znalazłyśmy się w ciasnym, zakurzonym pomieszczeniu wypchanym stosem książek w najróżniejszych oprawach . Od blondynki dowiedziałam się, że to miejsce to schowek na magiczne drobiazgi. Zeszłyśmy po kamiennych schodkach i tam zauważyłam następne drzwi – tym razem bardziej szczelne. Po ich otworzeniu moim oczom ukazał się okropnie długi korytarz ozdobiony dziesiątkami , ba , setkami malunków i obrazów. Mimo jasnych barw na korytarzu panował miły mrok , a jedynym źródłem światła były staroświeckie świeczniki.
- Niesamowite…- wyrwało mi się , kiedy dotknęłam jednego z nich. Micky tylko uśmiechała się radośnie.
- To nie wszystko. – szepnęła.
Kiedy podniosłam głowę do góry ujrzałam przepiękne sufitowe freski przedstawiające dość znane mi malowidła – bogini czarnej magii Hekate , różne tajemnicze znaki, z którymi zetknęłam się, oglądając stare księgi babci Breemely. Wszystko to omotywała cudowna woń wanilii i fiołków, mieszająca się z wirującymi w powietrzu iskierkami magii. Mimowolnie się uśmiechnęłam .
Po chwili poszłyśmy w głąb Cotswolds High , wchodząc po kolei do wszystkich sal przeznaczonych do nauczania poszczególnych przedmiotów – dziś szkoła była niemal pusta, w końcu była niedziela. Tylko od czasu do czasu słyszałyśmy powolne kroki, które świadczyły o obecności jakiegoś nauczyciela. Przechadzając się po klasach dowiedziałam się od Micky , że lekcje w tej szkole będą wyglądać nieco inaczej niż w normalnym liceum (jakbym się tego nie spodziewała). Zamiast angielskiego miałam uczyć się literatury . Wychowanie fizyczne zastąpiono zajęciami „obronnymi” , które mają pomóc nam w walce z nieprzyjacielem . Historia będzie przepełniona tylko wydarzeniami mającymi jakieś znaczenie w świecie magii. Matmy nie będzie wcale . (HUUURA) . Geografia przybliży nam znajomość terenów, które powinniśmy kojarzyć. Chemia niestety bez zmian. Fizyka-brak. Do tego lekcja magii – czyli nauka rzucania zaklęć . No i jeszcze kilka innych przedmiotów, których dokładnie nie pamiętam. Tak czy siak ten plan zajęć podobał mi się o wiele bardziej niż poprzedni.
- Nie powinnam zameldować się dyrektorce czy coś ? – spytałam Micky, kiedy chodziłyśmy po bibliotece.
- Sooklets mówiła, żebyś podeszła do niej po siedemnastej. – odpowiedziała – Dopiero po czwartej , masz jeszcze trochę czasu. Idziemy pooglądać na zewnątrz ?
- Okey, z chęcią.
Po dziesięciu minutach trafiłyśmy do naszych drzwi i powrotem znalazłyśmy się w domku. Oh, jak przyjemnie było znowu zobaczyć okna ; choć w podziemiach wcale nie było tak znowu źle. Jak spędzanie tam czasu stanie się dla mnie codziennością, to na pewno się do tego przyzwyczaję.
- Może chodźmy już do tej dyry, co? Jest za dwadzieścia piąta . – powiedziałam patrząc na zegarek.
- Możemy. Akurat tam dojdziemy. Jej gabinet jest w jednym z domków .- kiwnęła głową i znowu opuściłyśmy mieszkanie.
Szłyśmy przez żwirowe dróżki, które prowadziły przez małe polany, jeszcze zielone o tej porze roku. Był środek października, mimo to pogoda nie była najgorsza. Niestety z tego co mi było wiadomo , zimy w Cotswolds są wyjątkowo mroźne , więc już niedługo mogłam się spodziewać śniegu i minusowej temperatury. Zimny wiatr już dawał znaki swojego istnienia. Na razie jednak nie zdążył popsuć mi humoru.
Po piętnastu minutach spokojnego marszu stanęłyśmy przed budowlą nieco większą od naszego domku, ale bynajmniej nie piękniejszą , choć przyznam, równie zachwycającą. Spadzisty dach obrośnięty mchem zamieszkiwał mały, milutki ptaszek , który wyglądem nie przypominaj mi żadnego poznanego dotąd skrzydlatego osobnika. Miał żywo niebieskie ubarwienie i jakby świecił się w blasku powoli zachodzącego słońca. Po chwili zorientowałam się, że swoją nietypową urodę musiał zawdzięczać rzuconemu na niego zaklęciu . W życiu nie widziałam piękniejszego ptaka, chyba, że tęczowe sówki istnieją naprawdę.
Micky zapukała cicho w sosnowe drzwi , jakby się bała ; choć pewnie tak tylko sobie ubzdurałam , bo wcześniej zapewniała , że nie ma czego . Podobno pani Sooklets to równa babka. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się z hukiem – zupełnie same. Nikogo nie zastałyśmy po drugiej stronie. Coraz bardziej zaczynało podobać mi się to miejsce- czysta magia. To lubiłam. Odkąd dowiedziałam się o tym, że jestem czarodziejką, ciągnęło mnie w stronę prawdziwych tajemnic. Pragnęłam dowiadywać się o świecie , w którym zamieszkałam. U boku Babci nie było to takie łatwe – nie lubiła, kiedy sama zabierałam się do jakichś magicznych rytuałów . Oczywiście jako stara czarownica wiele mnie nauczyła , ale dbała o to, by moje życie pozostało w miarę normalne. Chyba miała świadomość , że wysyłając mnie do Cotswolds, łamie wszystkie swoje zasady.
Weszłyśmy powoli do wnętrza budowli, uważając samo-otwierające się drzwi za normalność. Micky wytłumaczyła mi szeptem, że dyrektorka zwykle w ten sposób zaprasza do środka swoich uczniów.
Ujrzałam niedużą kobietkę około pięćdziesiątki z miłym, ale stanowczym wyrazem twarzy. Jej blond włosy z siwymi pasmami były ułożone w staranny koczek. Bił od niej potencjał, ale nie chłód. Siedziała za ogromnym, ciężkim dębowym biurkiem na skórzanym fotelu. Za nią widniało kilka regałów , po brzegi wypełnionych księgami, książkami, książeczkami, papierami, świstkami i Bóg wie jeszcze czym.
- Witaj, Micky. I witaj, kochanie. Ty pewnie jesteś Maggie ? –uśmiechnęła się ciepło w moją stronę. Coś mi się zdaje, że polubię tą panią. –pomyślałam.
- Dzień dobry pani Sooklets. Tak , to ja . A raczej.. Jade. –spojrzała na mnie niepewnie.- Dziwactwo babci. – machnęłam ręką.
- Dobrze, więc Jade… Mayer. Ale w papierach jesteś zapisana jako Maggie, prawda ? – wzięła długopis do ręki.
- Tak.- uśmiechnęłam się, patrząc z ukosa na Micky.
- Jeśli chcesz, w papierach szkolnych mogę to zmienić. – przysunęła do siebie teczkę, która leżała na wierzchu. – Dla mnie możesz być Jade. To nie problem. Do Micky tez nie mówię „Nicole” . – mrugnęła do blondynki . – Więc jak ? Zmienić ? – przeniosła wzrok powrotem na mnie.
- Jeżeli to nie problem. – wzruszyłam ramionami.
- Żaden.- znów się uśmiechnęła i zapisała coś na kartce. – W porządku. – schowała ją do teczki. – Więc.. Jade… Witamy w Cotswolds High ! Mam nadzieję, że szybko się tu zaklimatyzujesz. Robimy dla uczniów wszystko co w naszej mocy. Widziałaś już szkołę ?
- Tak, Micky mnie po niej oprowadzała.
- To świetnie ! Będziesz przynajmniej trochę orientować się w terenie. Nie przejmuj się jej wielkością. Uczę tu od kilkunastu lat i wciąż muszę szukać klas. – parsknęła śmiechem.- Ale tobie będzie łatwiej, każda grupa umiejętnościowa ma lekcje w jednym skrzydle, żeby uczniowie nie włóczyli się po całej szkole. Poza tym większość lekcji masz z Micky, bo dopasowałam twój plan do jej, abyś nie czuła się zagubiona.
- O, dziękuję. To bardzo miłe.
T a  b a b k a  j e s t  ś w i e t n a !
Podała mi mój plan zajęć do ręki , jeszcze raz życzyła mi dobrego „wejścia” w Cotswolds High i zapytała o kilka rzeczy, po czym mogłyśmy z Micky wracać do domu. Nie powiem, pierwsze spotkanie z Sooklets wypadło dużo lepiej, niż sobie wyobrażałam ; była o wiele sympatyczniejsza od pana Alex’a z poprzedniej szkoły. Facet nie był zły, ale w ogóle nie wiedział o się dzieje. Wraz z koleżankami uznałyśmy, że zamyka się w swoim własnym, ograniczonym świecie.
Wracając do domu spotkałyśmy kilka osób; o dziwo były do mnie miło nastawione, pytały jak mi się tutaj podoba i tak dalej. Szczególnie jedna para zyskała moją sympatię – Carnberry i John, przyjaciele Micky. Byli tak szczerze uśmiechnięci i uznali, że na pewno się polubimy. Fajnie jest słyszeć takie rzeczy już pierwszego dnia w zupełnie nowym otoczeniu. Carnberry była wysoką, ładną brunetką o niebieskich oczach, a John przystojnym blondynem lśniącymi, szarymi źrenicami i imponującym wzrostem. Była z nich bardzo dobrana para; tak słodko ze sobą wyglądali.

- Wszyscy w Cotswolds to czarodzieje ? – zapytałam Micky, kiedy szłyśmy przez gęstwiny drzew.
- Nie. Są też wilkołaki i elfy . I kilku ludzi, ale to nauczyciele. – wzruszyła ramionami.
- A wampiry ? – zaciekawiłam się.
- nie. Jeszcze nigdy nie przyjęto do Cots wampira. Utrzymujemy wrogie stosunki, jak wiesz.
- Wiem. Chciałam się tylko upewnić.
Spojrzałam się przed siebie . Odgarnęłam liście z twarzy i o mało co nie potknęłam się o gałąź. Puls mi przyśpieszył , ciśnienie podskoczyło, serce zaczęło bić tysiącami uderzeniami na minutę. Złapałam się pnia i oparłam się o niego całym ciałem , wpatrując się dalej w jedno miejsce, z lekko roztwartymi ustami. Chyba nawet wstrzymałam oddech.
- Co…. Co to za chłopak ? – spytałam się Micky po dłuższej chwili.
Zaśmiała się szczerze.

_____________________________________________
I hope that rozdział Wam się spodobał , i że historia Maggie Jade skradnie Wam serca . :) Bardzo zależy mi na Waszych opiniach, dlatego proszę Was o jak największą liczbę komentarzy - im więcej, tym prędzej pojawi się 2 rozdział :)
Co do Cotswolds - dużo razy pytano mnie, czy to miasteczko istnieje naprawdę. Otóż tak, to wieś w Wielkiej Brytanii, w której się zakochałam :) Oczywiście trochę zmieniłam ją w swojej wizji .



with love,
Z.;**
+ mój tumblr -http://sohypsta.tumblr.com/ :)
fb - http://www.facebook.com/profile.php?id=100002468721098
i ask - http://ask.fm/Windy33

Prolog


Jeśli żyjesz na tym świecie to znaczy, że jesteś potrzebny. Że zostałeś stworzony do jakiegoś celu . Nawet jeżeli twoje życie jest do niczego, to świat bez ciebie nie byłby zupełny. Jesteś na swój sposób wyjątkowy. Podobny do innych ludzi, różnisz się od nich diametralnie . Choćby jeden mały pieprzyk , jeden blond kosmyk włosów, jedno ledwo widzialne znamię sprawia, że  jesteś tym, kim jesteś.
__________________________________________________________
Heeej wszystkim ;**
Ten blog będzie opowiadał o magii, jak już się pewnie domyśliliście. Będę starała się dodawać rozdziały jak najczęściej, i postaram się, aby były jak najdłuższe. Mam nadzieję, że blog Wam się spodoba, często będziecie go odwiedzać, no i że zostawicie po sobie jakiś komentarz... to dla mnie ważne ! :))
Z. ;***