czwartek, 9 maja 2013

Rozdział 3


Przed pójściem do łóżka włączyłam jeszcze swojego niebieskiego laptopa, chcąc sprawdzić pogodę na najbliższe dni. Wizja obudzenia się i ujrzenia za oknem śniegu przyprawiała mnie o dreszcze i zawroty głowy. Musiałam powiedzieć o swoich przypuszczeniach dyrektorce , ale jeszcze nie wiedziałam jak. Uznałaby mnie za wariatkę, gdybym ot tak wpadła do jej gabinetu z informacją, iż w zimę ktoś straci życie.  No a zresztą może zrozumiałam wszystko opacznie i w ogóle nie powinnam się martwić. Może te obrazy były wytworem mojej wyobraźni ? Nie miałam zielonego pojęcia jak się zachowywać. Żyć w strachu, czy jakby nic się nie stało ? Te inne pytania nadciągały na mój umysł niczym huragan , niszcząc poukładane tam dotąd przemyślenia. Może ja po prostu robiłam się psychiczna ? A może Babcia Breemely się za mną stęskniła i próbuje zniechęcić mnie do tego miejsca, wysyłając do mojej głowy te dziwne rzeczy ? A  m o ż e   s k o ń c z ę  z  t y m  n a  d z i s i a j , s p r a w d z ę   t ą  c h o l e r n ą   p o g o d ę   i   p ó j d ę   s p a ć ?
O tak, ta myśl spodobała mi się najbardziej. Czym prędzej wystukałam w Googlach hasło „pogoda Cotswolds” i kliknęłam w pierwszy lepszy link. Bocznym paskiem zjechałam na dół strony , szukając wzrokiem choć jednej śnieżynki. Na szczęście jej tam nie znalazłam, więc przez ten tydzień mogłam być spokojna. Po sprawdzeniu pogody napisałam do Babci krótkiego maila, ponieważ nie miałam siły do niej dzwonić. Na razie nie wspominałam w nim o tym, co dzisiaj miało miejsce – znając ją z miejsca wsiadłaby w najbliższy pociąg, by mnie stąd zabrać. A ja czułam.. że tu jest moje miejsce.
Nakryłam się kołdrą i ułożyłam głowę na poduszce, modląc się w duchu, żebym szybko zasnęła i by nie dręczyły mnie nocne koszmary. Miałam zdecydowanie za dużo przygód jak na niecałe dwa dni w szkole dla nienormalnych nastolatków. Hekate mnie posłuchała. Po kilku minutach odpłynęłam w niebyt.
Obudziłam się o szóstej, ale nie chciało mi się już spać, więc wyskoczyłam z łóżka i poszłam z moją kosmetyczką prosto do łazienki.  Ubrałam się w ten sam zestaw co dzień wcześniej i wyprostowałam włosy, które paskudnie pokręciły się od wilgoci panującej w chatce. W innych okolicznościach nie przeszkadzałyby mi one, ale takich loków tolerować nie mogłam – musiałam wyglądać w miarę normalnie drugiego dnia w nowym liceum. Myśląc o szkole przypomniało mi się coś; kiedy rozmawiałam z panią Sooklets wspominała coś o grupach umiejętnościowych. Z tego co wiedziałam, Drew miał siedemnaście lat, więc był o rok starszy ode mnie. Dlaczego więc miał ze mną literaturę ? Nie zdał ? Parsknęłam śmiechem. Możliwe też, że „grupa umiejętnościowa” nie musiało oznaczać „klasa” . Musiałam dowiedzieć się jeszcze wielu rzeczy o Cotswolds High…

- O co chodzi z tymi grupami umiejętnościowymi ?- zagadnęłam Vivienne przy śniadaniu.
- No.. istnieją trzy takie grupy. Pierwsza jest dla początkujących, druga dla zaawansowanych, a trzecia to tak zwany ‘poziom końcowy’ – odpowiedziała mieszając płatki.
- To jest jakoś podzielone na wiek ? No wiesz, że do jednej z grup należą ludzie z jednego rocznika .. ?
- Nie. – pokręciła głową – To nie zależy od wieku. Do początkujących dostajesz się wtedy, kiedy przyjeżdżasz do szkoły. Od tej pory jesteś tam rok. A potem przechodzisz do zaawansowanych. Więc nie ważne, czy wstąpisz do Cotswolds w wieku piętnastu czy osiemnastu lat, najpierw rok jesteś w początkujących. A, no i jedynie na obronnych mieszają grupy. – wytłumaczyła.
- Ah. Rozumiem. Fajnie.. można wcześniej skończyć szkołę.
- Albo później. – wzruszyła ramionami.
- A.. Drew ? Kiedy przejdzie do zaawansowanych ?
- Oo, jednak interesuje cię nasz przystojny frajer ? – zaśmiała się.
- Nie.. Po prostu zaciekawiło mnie to, że chodzi ze mną na literaturę, a jest starszy. – odparłam obojętnie.
- No.. z tego co wiem do zaawansowanych przechodzi po Nowym Roku, więc bardzo niedługo.
- Okej. – trochę się zawiodłam, że miałam tak mało czasu na poznanie go na literaturze, ale nie dałam tego po sobie wykryć.

Po śniadaniu poszłam z Micky i Vivienne do szkoły , chociaż miałyśmy jeszcze pół godziny , zanim zacznie się pierwsza lekcja. Pojedyncze osoby kręciły się już po skąpanych w ciemnym świetle korytarzach, a z niektórych klas dało się usłyszeć stłumione głosy ; kilka grup od siódmej musiało uczestniczyć w zajęciach. Skręciłyśmy w stronę szkolnej biblioteki .Postanowiłam wypożyczyć sobie kilka książek o historii Cotswolds, tak dla pewności, czy aby nic tu się nikomu nie stało… No i ogólnie rzecz biorąc chciałam zapoznać się z początkami tej szkoły i miasta.
Kiedy doszłyśmy do ogromnego świata książek, każda z nas osobno zaczęła krążyć pomiędzy regałami. Wzrokiem szukałam półki z literą „C” , ale „A” zdawało się nie mieć końca. Naprawdę, imponujący zbiór, w życiu nie widziałam tylu książek naraz. Sufit był strasznie wysoki, na jakieś osiem, dziesięć metrów, a regały ustawione przy ścianach sięgały prawie do niego, więc potrzeba było drabiny lub umiejętności latania, aby wziąć książkę z najwyższej półki. W pomieszczeniu pachniało kurzem i starością, nie mniej jednak panowała tam magiczna, przyjemna atmosfera. Poczułam, że miejsce to stanie się takim, do którego często będę zaglądać.
W końcu , po kilku minutach wytężania wzroku znalazłam literę „C” , jak się obawiałam, na jednej z najwyższych półek. Spostrzegłam blisko siebie dużą, drewnianą skrzynię, wokół której unosił się tysiące iskierek magii, zgodnie wirujących z lekkimi drobinkami kurzu. Podeszłam do niej i przejechałam dłonią po wystającej desce, po czym zajrzałam do środka. Moją uwagę przykuły wyrzeźbione w drewnie oczka, po pięć po obu stronach pudła. Po chwili domyśliłam się, do czego mogą służyć owe dziurki. Ostrożnie weszłam do skrzyni, przykucnęłam i włożyłam palce do wgłębień. Zacisnęłam oczy, czując, jak tajemnicza rzecz zaczyna trząść się we wszystkich kierunkach.
- Do litery „C” , poproszę. – szepnęłam , śmiejąc się.
Skrzynia wystrzeliła w górę niczym petarda, sprawiając, że poczułam się jak na kolejce górskiej. Zaczęłam cieszyć się jak małe dziecko, nie otwierając oczu. Zawirowałyśmy kilka razy. Do moich żył wkroczyła czysta magia, która w połączeniu z adrenaliną tworzyła istną mieszankę wybuchową. Ciśnienie wciskało mnie w głąb skrzyni, ale nie było to bolesne, wręcz przeciwnie ; twarde deski jakby zamieniły się w miękką, puchową poduszkę.  W życiu nie bawiłam się lepiej. Wesołe miasteczko to pikuś w porównaniu z tym, co właśnie przeżywałam. Na raz z głowy zniknęły wszystkie problemy, a dusza pragnęła tylko i wyłącznie jak najdłuższej jazdy tym drewnianym wagonikiem. Niestety bardzo szybko zorientowałam się, że hamujemy, a kiedy otworzyłam oczy ujrzałam przed sobą półkę oznakowaną literą „C” . Co.. Co.. Cot.. Cotswolds. Jest. Wyciągnęłam książkę oprawioną grubą, brązową skórą . Obok miejsca , na którym leżała, znalazłam też inne publikacje, które mogły mi się przydać – „Cotswolds High” , „Cotswolds – czary” i „Cotswolds . Początki i najważniejsze wydarzenia” . Wzięłam je wszystkie i delikatnie położyłam na dnie skrzyni, po czym znów przyjęłam taką samą pozycję, jak wcześniej.
- Na dół, poproszę. – znów się uśmiechnęłam. No i ruszyłyśmy w dół, niczym najsprawniejsza winda jeżdżąca 100km na godzinę. Nie sądziłam, że będę miała taką frajdę wybierając się do biblioteki.
Kiedy się zatrzymałyśmy , wyskoczyłam ze skrzyni na skrzypiące, dębowe deski podłogowe, zabierając ze sobą cztery dość grube książki. Wcisnęłam je do torby zastanawiając się, czy mi się na coś przydadzą. Chociaż nawet gdybym nie znalazła w nich tego, czego szukałam, na pewno przybliżą mi znajomość miejsca, w którym się znajdowałam.. Bo o Cotswolds wiedziałam tyko to, w uczniowie mają swoje domki i uczą się pod ziemią.

Pchnęłam lekko zardzewiałą furtkę, spoglądając przed siebie. Moją pierwszą lekcją były zajęcia obronne. Westchnęłam, widząc na trawniku grupki osób rozciągających się do ćwiczeń. Wf nigdy nie był moim ulubionym przedmiotem, ale w Cheddar biegaliśmy i graliśmy w tenisa stołowego. A co miałam robić tutaj ? Bić się ? Toczyć krwawe walki bokserskie ? Z przerażeniem przełknęłam ślinę , zauważając kilka metrów od siebie kosz wypchany.. mieczami. O nie, jestem przeciwniczką zabijania rówieśników na lekcjach, jeśli po to je tutaj przyniesiono. Odetchnęłam z ulgą , kiedy dostrzegłam w niewielkim tłumie dziewcząt Carnberry . Pomaszerowałam w jej stronę, spinając włosy w wysoki kucyk.
- Hej Maggie Jade. – uśmiechnęłam się – Ładnie wyglądasz. – wytrzeszczyłam oczy w zdumieniu. Dziewczyna była cudowna. Miałam na sobie czarne legginsy , za duży , sprany T-shirt i granatowe trampki, a ona ze szczerością powiedziała mi, że ładnie wyglądam.
- Hej Carnberry.. i.. ee.. dzięki. – usiadłam obok niej na trawię – Powiesz mi , na czym tak właściwie polegają te zajęcia ? – zapytałam i skinęłam głową w stronę kosza z wystającymi srebrnymi ostrzami. Momentalnie zaczęłam się trząść, i to nie ze strachu , tylko przez to, że poczułam na sobie zimny podmuch wiatru. No tak. Był początek października, a Maggie Jade wybrała się na dwór bez bluzy.
- Chcesz moją ? – usłyszałam głos John’a, chłopaka Carn. Boże, nawet nie zauważyłam kiedy przyszedł. Chwila. Czy on mi właśnie przypadkiem nie..
- Oh. Chyba o tym nie wspomniałam. No.. John potrafi odczytywać niektóre myśli innych osób. – Carn zobaczyła moje zmieszanie i pośpieszyła z wyjaśnieniami.  – Ale nie wszystkie, więc bez obaw. – zaśmiała się i machnęła ręką.
- Na serio ? Jak mogłaś o pominąć ?  To super moc.. – pokiwałam głową z entuzjazmem.
- Może i super. – chłopak wsadził ręce do kieszeni , wzruszając ramionami. – To chcesz tą bluzę ? – uśmiechnął się.
- Ee.. skoro to nie problem. Zimno mi, a zapomniałam wziąć swoją. – wygięłam delikatnie kąciki ust do góry i nałożyłam na siebie materiał, który John mi podał.
Chyba zakochałam się w tych ludziach.. Canberry i John byli dla mnie bardzo mili i w ogóle, wydawali się być naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Przekonałam się do nich już pierwszego dnia pobytu w Cotswolds, a z każdą następną chwilą pokazywali swoją jeszcze lepszą stronę. Miałam wrażenie, że nie długo staną się dla mnie rodziną, której przez wiele lat nie posiadałam. Babcia Breemely była jedyną osobą, jaka mi pozostała, nie licząc ciotki Kat z Nowego Jorku. To one stanowiły moją rodzinę.. Mama i tata zginęli kiedy miała zaledwie pięć lat, w wielkiej wojnie magicznych istot, która miała miejsce w 1999r. Nie pamiętałam ich zbyt dobrze, ale wiedziałam, że byli dla mnie bardzo ważni. Obiecałam sobie, że kiedy dorosnę, dowiem się więcej o ich tragicznej śmierci. Czułam, że mi się to uda.
- Wracając do twojego wcześniejszego pytania.. – głos Carnberry wyrwał mnie z otchłani zakopanych gdzieś głęboko myśli – Obronne polegają na zwiększeniu twojego poczucia bezpieczeństwa. Wiesz, w razie jakiegoś zagrożenia. Nie musisz się martwić, lekcje serio są fajne. Na każdej Nick wymyśla coś innego. No i nie robi żadnych sprawdzianów, to plus. – zaśmiała się.
- Kto to Nick ? – zaciekawiłam się.
- Nick.. to nasz nauczyciel.
- Ile ma lat, że mówisz o nim „Nick” a nie.. no jak on tam ma na nazwisko ?
- Richardson. Czy ja wiem.. chyba dziewiętnaście, lub dwadzieścia. Niezłe z niego ciacho. – mrugnęła do mnie, czekając na reakcję John’a. Ten jednak udawał, że tego nie usłyszał.
- Dziewiętnaście lat i nauczyciel ? – zdziwiłam się.
- Po prostu bardzo dobrze włada najróżniejszymi sztukami walki. – wzruszyła ramionami. – A w zasadzie.. To raczej trener niż nauczyciel. Oprócz obronnych nie nauczy niczego innego, ba , sam się uczy, jest w trzeciej grupie. No i dopóki Drew nie zawitał do Cotswolds był bezkonkurencyjny jeśli chodzi o popularność wśród dziewcząt. – John tym razem nie udawał głuchego , podszedł do dziewczyny i objął ją od tyłu, jakby chciał odgrodzić ją od reszty świata. Mimowolnie uśmiechnęłam się na ich widok. – Niektóre wciąż do niego startują , ale prościej jest z nowszym łupem, bo jest młodszy. Ale tak samo niedostępny… Tylko że ich „niedostępności” się różnią. Nick jest wesołym chłopakiem, a jego niedostępność wynika z tego, że nie chciałby spotykać się z .. uczennicą. Tak, głupio to brzmi. Poza tym ma dziewczynę i są razem szczęśliwi. No a Drew.. jest po prostu niedostępny, obojętny dla całego świata, przystojny, samotny, tajemniczy.. I chyba właśnie ta jego niedostępność pociąga choć połowę z jego adoratorek. – lubiłam jej opowieści. Jako, iż należała już do drugiej grupy umiejętnościowej, wiedziała dość sporo na temat poszczególnych postaci mieszkających w Cotswolds.  A ja byłam ich bardzo ciekawa.
Naszą rozmowę przerwała cisza, która nagle zapanowała na całym trawniku służącym jako pole do ćwiczeń . Spojrzałam w stronę furtki i ujrzałam w niej wysokiego, dobrze zbudowanego chłopaka o ciemnozłotej, niezłożonej fryzurze. Z szerokim uśmiechem wszedł „do środka” , witając wszystkich słowami :
- Cześć wszystkim – ależ oryginalne ! – Co ja tu miałem powiedzieć.. – podrapał  się po głowię. – A tak ! Mamy nową pierwszogrupową w składzie. – mówiąc to zaczął krążyć żywo niebieskim wzrokiem po tłumie. Po chwili natrafił na mnie , uśmiechnął się tak, że przestałam oddychać, po czym gestem ręki pokazał, abym wyszła na środek. Niepewnie przeszłam pomiędzy innymi „grupowymi” i stanęłam obok Nick’a.
- Jestem Nick Richardson. –wyciągnął do mnie dłoń.
- Jade – uśmiechnęłam się lekko – Maggie Jade Hawkins. – powiedziałam i uścisnęłam jego rękę. Poczułam, jak między naszymi ciałami przeszła jakaś nieokreślona, magiczna siła, która aż załoskotała mnie od środka. Zatopiłam się w jego oczach jak w oceanie ; gdzie nie spojrzałam widziałam tylko czysty, piękny błękit. Maggie Jade, no co ty, zakochasz się we własnym nauczycielu ? Zapomnij on tym. Nawet, jeśli jest starszy tylko o trzy lata, wciąż pozostaje nauczycielem. Puściłam jego rękę i na chwilę oderwałam od niego wzrok, przenosząc go za Nick’a . Momentalnie zrobiło mi się niedobrze, odskoczyłam do tyłu i z przeraźliwym wrzaskiem zakryłam sobie usta.
- Co jest ? – zdezorientowany Nick złapał mnie za ramię.
Bez słowa wskazałam palcem na miejsce oddalone od nas o dobrze dziesięć czy piętnaście metrów. Bardzo blisko lasu, trawa usiana była.. krwią. Świeżą, jeszcze jarzącą się w nikłym blasku słońca, rozmieszczoną w regularnych od siebie odstępach, ciągnących się przez jakieś trzy metry i kończących się przy gęstym, brązowym krzaku. Zamarłam ze strachu, próbując się nie rozryczeć. Na trawniku poruszyło się małe zamieszanie, ale ja nie widziałam ic poza czerwonymi plamami widniejącymi na bladozielonych pękach roślin.
- Pójdę tam. – usłyszałam głos Nick’a i zobaczyłam , jak szybkim ruchem przeskakuje płotek. Kilka osób próbowało go zatrzymać, ale on zaparcie szedł do przodu. Zniknął w głębi lasu, a wtedy Carnberry do mnie doskoczyła i lekko objęła, szepcząc ,abym się uspokoiła. Nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa .Obawiałam się najgorszego. Przez tą całą wizję, szept i sen chodziłam jak na szpilkach, a po głowie chodziły mi różne dziwne myśli. Zrobiłam się nienormalna, czy to w zupełności typowe zjawisko, że nastolatka ( co prawda czarodziejka, ale jednak nastolatka) widzi przyszłość czy coś w tym rodzaju ?
Po niecałych pięciu minutach znowu ujrzeliśmy w furtce Nick’a, całego i zdrowego, co lepsze spokojnego i jakby z wyrazem ulgi na twarzy.
- To nic takiego…  - zaczął
Wszyscy wytężyli słuch.
- Widzisz Maggie.. Nie masz się czego bać, ale twoja reakcja była typowo ludzka. To Jonas.. Jeden ze zmiennokształtnych. Właśnie pierwszy raz się przemienił, a pierwsza przemiana jest trochę bolesna i nieco.. krwawa. Ale to naprawdę nic takiego, ze wszystkimi zmiennokształtnymi tak się dzieje, i nie ma w tym …
Nie usłyszałam dalszego ciągu wyjaśnień chłopaka, ponieważ ledwo co stałam na nogach i po prostu stało się. Zemdlałam.

                                                              ***

Kiedy oprzytomniałam zorientowałam się, że znajduję się w pomieszczeniu , w którym dotąd ni byłam. Ostrożnie podniosłam się z dębowego łóżka i rozejrzałam się po pokoju. Był obszerny, zagracony najróżniejszymi sprzętami i rzeczami, ale zdawał się być przytulny . Po chwili w progu sosnowych drzwi znalazł się John i Carnberry. Usiedli obok mnie z nieco zatroskanymi minami, ale byli wyraźnie zadowoleni.
- Wszystko okej ? – spytała Carn.
- Okej. Tak, okej. – przełknęłam ślinę sprawdzając , czy aby nie mam odruchów wymiotnych , które zwykle miewałam po widoku krwi. Nie działała na mnie zbyt dobrze, a jej zapach wprost palił moje nozdrza. Za cholerę nie wiedziałam, jak wampiry mogą się tym żywić ; zresztą nawet nie chciałam o tym myśleć.
- To dobrze.
- Ile byłam nieprzytomna ? – zaciekawiłam się.
- Niedługo, niecałą godzinę. Właśnie mija ci literatura. – zaśmiała się –Ale jak nie chcesz na nią iść to nie musisz, dyrektorka zwolniła cię ze wszystkich lekcji.
- Jejku, ona jest naprawdę super. Alen chyba pójdę. Wiecie, chcę poznać resztę nauczycieli i w ogóle.
- Rozumiem.- pokiwała głową – Więc idź. Masz tu swoją torbę, zabrałam ją z szatni. Przebierz się – podała mi ją – A, Micky i Viv zmartwiły się, kiedy im powiedziałam, że zemdlałaś , więc zgłoś się do nich, żeby wiedziały, że już wszystko okej, dobra ?
- Dobra.- kiwnęłam głową – Carnberry… Czy ty też tak.. Jak się przemieniałaś..
- Podobnie. Ale w pełni. Wiesz, jestem wilkołakiem, a nie zmiennokształtną. –uśmiechnęła się.
- Ah. Jasne. – musiałam głęboko oddychać, żeby nie zwymiotować. Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do łazienki John’a, bo jak się okazało, to był jego domek. Przebrałam strój do ćwiczeń w spódnicę, bluzę i podkolanówki, po czym nieco odświeżyłam wygląd swojej zmęczonej twarzy.
Gdy zdecydowałam , że prezentuję się znośnie, podziękowałam parzę i wróciłam do szkoły , siadając pod salą od historii , ponieważ nie miałam ochoty siedzieć dziś z Drew na literaturze. Sądziłam, że wyjdzie mi to tylko na złe. Przeczesałam palcami powykręcane już we wszystkie strony włosy , wyciągając z torby jedną z wypożyczonych książek . Padło na „Cotswolds. Początki i najważniejsze wydarzenia” . Przerażona liczbą stron – 1432- otworzyłam książkę, a tak właściwie to księgę na końcu, poszukując spisu treści. Tak nieduże miasto, typowa brytyjska wieś, a tyle kartek przeznaczonych do udokumentowania tego miejsca..  Miliardy słów, nadających całości sens.. Byłam ciekawa, kto musiał to wszystko spisywać- bo w rzeczy samej litery nie okazały się być drukiem, lecz idealnie proporcjonalnymi znakami . Ja nie miałabym cierpliwości do czegoś takiego. Żeby to robić, trzeba to po prostu kochać.

Cotwsolds zostało założone w roku 1845 przez dwie czterdziestoletnie czarownice- Katherine i Shelley. Kobiety preferowały uprawianie czarnej magii, ale nie były znane ze szczególnego okrucieństwa. Założyły miasto nie z myślą o szkole, w które się później przekształciło, lecz chcąc stworzyć osobne imperium doświadczonych czarownic.

Przewracałam powoli kartki, chcąc poznać trochę historii.

(…) W 1859 roku Shelley niespodziewanie zmarła. Za jej śmierć obwiniało się Katherine, która odprawiając rytuały ze swoją siostrą potajemnie podkradała jej moc. W końcu Shelley została tak osłabiona, że jej organizm nie wytrzymał. Jednak nie wiadomo było, czy ta historia jest prawdziwa, jako, iż Katherine nie przyznawała się do tych zarzutów. Wkrótce reszta jej czarodziejskich sióstr zaczęła spiskować przeciwko niej i z pochodniami wkroczyła na jej terytorium, żądając prawdy na temat śmierci Shelley . Kobiety nie chciały skończyć tak samo jak ona. Katherine przerażona więzieniem i karą śmierci z powodu zabójstwa, do którego prędko po wielkiej aferze się przyznała, utopiła się w Tamizie. Jej zwłoki zostały odnalezione rok później przez jedną z czarownic z imperium, po czym jak najszybciej spalone na stosie. Siostry bowiem wierzyły, iż dusza Katherine może wydostać się z jej ciała, jeśli jej nie spalą.

Czytając kolejne zdania opowieści o Shelley i Katherine ciarki przechodziły mi po plecach. Te całe podkradanie mocy brzmiało jak coś rodem wyciągnięte z książki lub filmu fantasy. Nawet nie wiedziałam, że da się coś takiego zrobić. No i oczywiście w żadnym razie nie chciałam tego próbować. Katherine musiała mieć trochę poprzewracane w głowię, pewnie chciała mieć władzę nad całym Cotswolds… Kto wiem, może i zamierzała wykończyć w ten sposób wszystkie swoje siostry ?
- Historia Cotswolds serio jest ciekawa, a ta lektura wciąga. – znajomy, lekko ochrypnięty głos wyrwał mnie z zamyślenia. Podniosłam głowę znad pożółkłych , pachnących wilgocią kartek.
- Właśnie widzę.- rzuciłam w stronę Drew. – Czemu nie jesteś na literaturze ? – do końca lekcji pozostało jeszcze trzydzieści minut, jak się dowiedziałam po spojrzeniu na zegarek.
- Meyer mnie denerwuje. Szczerze mówiąc to wyżywa się na mnie. Nie podoba jej się to, że moja mama ma ja wkrótce zastąpić. – oparł się o ścianę, wkładając ręce do kieszeni czarnych spodni i muszę przyznać, że wyglądał w tej pozie.. dość pociągająco. Typowy bad boy. Nie, żeby mnie to jakoś interesowało.
- Twoja mama ma ją zastąpić ? Kiedy ?
- Niedługo – wzruszył ramionami – Odkąd Meyer nie może znaleźć wspólnego języka z uczniami, dyrekcja nie jest za tym, aby wciąż uczyła. A moja mama już od dawna jest pierwsza w kolejności do przejęcia tego przedmiotu. – dziwiło mnie, że tak normalnie ze sobą rozmawiamy.
- Nie może znaleźć wspólnego języka z uczniami ? Wydawała się być w porządku. – przypomniała mi się jej miła twarz.
- Może dlatego, że kompletnie nie interesowałaś się lekcją, Hawkins. – zaśmiał się krótko – A jest taka podburzona od czasu, kiedy to narzeczony ją rzucił. W sumie to mu się nie dziwię..
- Hej, każda zraniona kobieta by się tak zachowała.- zmarszczyłam lekko brwi.
- Tak, ale ona jest nauczycielką, mogłaby się trochę pohamować z tym wysyłaniem do głów uczniów jakichś durnych obrazków..
- Coo ? Wysyła.. obrazki ? – przeraziłam się na myśl o mojej wizji.
- No. Jest w nich jakiś tam sens. Związany z lekcją. Słuchaj, nie gadaj czy coś w tym stylu. Nie straszne, ale i tak chore, no bo kto normalny tak robi.
- Czyli nie wysyła jakichś scen z horrorów ? Eee.. no wiesz, krwi czy czegoś w tym rodzaju ? – przełknęłam ślinę.
- Nie.. nie, na pewno nie, aż tak psychiczna nie jest. Zresztą, nie zrobiłaby ci tego, słyszałem, jak dziś zareagowałaś na widok krwi. To o to ci chodzi, prawda ?
- Właśnie – podchwyciłam, aby nie nabrał żadnych podejrzeń.
- Musisz być tu silna, Hawkins. W Cotsowlds jest pełno osób, które tylko chcą zniszczyć takich jak ty. Uważaj na siebie – lekko się nade mną pochylił.
- Nawet mnie nie znasz. Umiem o siebie zadbać. – niemalże warknęłam.
- Przekonamy się, Hawkins. – uśmiechnął się ironicznie i odszedł.
________________________________________________________________
No i trzeci.. Na początku oczywiście bardzo bardzo bardzo przepraszam że musieliście tak długo czekać. Jak zwykle. Jestem do tyłu z dwoma zeszytami prawie i po prostu te przepisywanie jest strasznie długie, nudne, żmudne i męczące.. Jednakże OBIECUJĘ, że jeśli spiszecie się jeśli chodzi o komentarze, to 4 rozdział pojawi się tu raz dwa. Muszę zdradzić, że u Maggie Jade ostatnio dużo się dzieje, haha, mam naprawdę ogromną burzę mózgów, obecnie piszę 18 rozdział a wciąż jest tego więcej i więcej, więc nie musicie spodziewać się nieoczekiwanego końca :) Z góry przepraszam za błędy ortograficzne. Jeszcze raz proszę Was o opinie w komentarzach, to dla mnie ogromnie ważne, no i pamiętajcie że KAŻDY może dodać komentarz anonimowy :)
Do zobaczeniaa ;***
Z.